Norwegia ma w sobie coś, co od dawna mnie fascynuje. Góry, lasy, doliny, niewielkie miejscowości i przestrzenie, w których można godzinami nie spotkać drugiego człowieka.
Właśnie takich miejsc szukam myślami, kiedy wyobrażam sobie życie z dala od zatłoczonych miast.
Ale jest też druga strona tej fascynacji.
Człowiek wychodzi rano na spacer. Bierze plecak, telefon, coś do jedzenia. Zapowiada, że wróci wieczorem.
Nie wraca.
Najpierw ktoś próbuje się dodzwonić. Później dzwoni ponownie. Telefon milczy. Zapada zmrok, a wraz z nim pojawia się niepokój.
Jeszcze kilka godzin wcześniej wszystko było zupełnie normalne.
Teraz gdzieś pośród drzew, skał albo górskich zboczy znajduje się człowiek, którego nikt nie potrafi odnaleźć.
Nie trzeba w tej historii mordercy, duchów ani tajemniczej istoty z norweskiego folkloru.
Wystarczy natura.
I świadomość, że piękne miejsce może w kilka chwil stać się śmiertelnie niebezpieczne.
Siedmioletni Torjus. Dziecko, którego szukała Norwegia
15 października 2023 roku w gminie Lindesnes, w regionie Agder, zgłoszono zaginięcie siedmioletniego Torjusa Selanda.
Chłopiec zniknął podczas wyjścia na polowanie z rodziną.
Rozpoczęto szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą. W działania zaangażowano służby i wolontariuszy.
Przez dwa dni trwała walka o odnalezienie dziecka.
17 października Torjusa znaleziono martwego.
I tutaj naprawdę trudno mi przejść do następnego zdania.
Siedem lat.
W wieku siedmiu lat człowiek powinien zajmować się szkołą, zabawą i odkrywaniem świata, a nie stawać się bohaterem wielkiej akcji poszukiwawczej w trudnym terenie.
Nie zamierzam dopisywać temu dziecku ostatnich myśli ani opisywać fikcyjnych scen z jego samotności. Nie wiemy, co dokładnie przeżywał w każdej godzinie od zaginięcia do odnalezienia.
I właśnie ta niewiedza jest chyba najbardziej przerażająca.
W czerwcu 2024 roku norweska Hovedredningssentralen, czyli główna centrala ratownictwa, opublikowała informację o zakończeniu oceny tamtej akcji. Raport wskazywał obszary wymagające usprawnień, które miały pomóc służbom lepiej prowadzić podobne działania w przyszłości.
To dla mnie bardzo ważny szczegół.
Bo po tragedii można oczywiście powiedzieć, że wydarzyło się coś strasznego, zapalić świeczkę i wrócić do codzienności.
Można również przeanalizować przebieg poszukiwań, sprawdzić, co należało zrobić inaczej, i spróbować zwiększyć szanse kolejnej zaginionej osoby.
Żadne ustalenia nie przywrócą życia Torjusowi.
Ale wyciąganie wniosków ma znaczenie.
Nie chcę traktować historii tego dziecka jak sensacyjnej opowieści o lesie, który pożera ludzi.
To historia konkretnego chłopca.
I rodziny, która nie doczekała się jego powrotu.
Alec Luhn. Sześć dni samotności w norweskich górach
31 lipca 2025 roku amerykański dziennikarz Alec Luhn rozpoczął samotną wędrówkę w rejonie Parku Narodowego Folgefonna na zachodzie Norwegii.
Miał 38 lat i doświadczenie w górskich wyprawach. Wędrował wcześniej między innymi po Alasce, Kolorado i Alpach.
Nie był człowiekiem, który pierwszy raz zobaczył góry i postanowił wejść na najbliższy szczyt w trampkach.
Mimo to coś poszło potwornie źle.
Podczas wyprawy doznał poważnego urazu. Upadek unieruchomił go w trudnym, skalistym terenie.
Dni mijały.
Luhn nie wracał. Nie pojawił się też na zaplanowanym locie z Bergen do Wielkiej Brytanii.
Rozpoczęto poszukiwania.
Ratownicy musieli mierzyć się z fatalnymi warunkami pogodowymi. Silny deszcz, trudny teren i ograniczona widoczność nie tylko utrudniały dotarcie do zaginionego, lecz także stwarzały zagrożenie dla ludzi próbujących go odnaleźć.
6 sierpnia dziennikarz został zauważony przez załogę śmigłowca ratowniczego na północ od lodowca Nedre Buarbreen.
Żył.
Miał poważne obrażenia, ale udało się przetransportować go do szpitala Haukeland w Bergen.
Spędził około sześciu dni samotnie w górach.
Z informacji przekazanych później przez norweski Czerwony Krzyż wynika, że deszcz i trudne warunki towarzyszyły mu przez cały ten czas.
Spróbujmy sobie wyobrazić tę sytuację.
Nie jako film, w którym bohater wykonuje widowiskowe sztuczki pozwalające mu przetrwać, ale jako prawdziwy wypadek.
Człowiek leży w górach. Jest ranny. Nie może po prostu wstać i wrócić do najbliższego miasta.
Nie wie, kiedy nadejdzie pomoc.
Nie wie nawet, czy ratownicy szukają go we właściwym miejscu.
I każda kolejna godzina działa przeciwko niemu.
Historia Luhna zakończyła się szczęśliwie, ale jego przeżycie nie było czymś oczywistym.
Lekarz ze szpitala Haukeland podkreślał, że odnalezienie go żywego w tak dobrym stanie ogólnym było niezwykłe.
Dla mnie ta historia jest szczególnie wymowna.
Doświadczenie pomaga w górach. Sprzęt również.
Ale żadna liczba wcześniejszych wypraw nie sprawia, że człowiek staje się odporny na wypadki.
Jedno niefortunne zdarzenie potrafi zmienić samotną wycieczkę w walkę o życie.
Trollstigen. Człowiek siedział za skałą, a ratownicy szukali go przez wiele godzin
Latem 2025 roku w rejonie Trollstigen i Trollveggen zaginął sześćdziesięcioletni turysta z Holandii.
Był doświadczonym piechurem. Wyszedł na jednodniową trasę w kierunku Stabbeskåret, ale nie wrócił.
Jego żona nie mogła się z nim skontaktować, więc zawiadomiła policję.
Rozpoczęły się poszukiwania.
Warunki szybko stały się koszmarne. W rejonie pojawiła się gęsta mgła, ulewne opady i ryzyko burz.
W niektórych miejscach widoczność spadała do zaledwie kilkunastu metrów.
Ratownicy przeczesywali teren, w którym skały i strome zbocza same w sobie stanowią ogromne zagrożenie.
Nie można było po prostu wysłać ludzi w dowolnym kierunku i liczyć, że ktoś przypadkowo znajdzie zaginionego.
Każda decyzja musiała uwzględniać bezpieczeństwo zespołów poszukiwawczych.
Używano śmigłowców, dronów, psów i specjalistycznego sprzętu.
W pewnym momencie pojawił się trop związany z aktywnością telefonu komórkowego. Pozwolił zawęzić obszar poszukiwań.
Ostatecznie mężczyznę odnaleziono żywego.
Siedział częściowo ukryty za skałą, w obniżeniu terenu położonym z dala od głównej ścieżki.
Był wychłodzony i wyczerpany, ale przytomny.
W poszukiwania zaangażowano ponad stu ludzi z różnych organizacji.
I właśnie ten szczegół najbardziej działa na moją wyobraźnię.
Ponad sto osób.
Psy, drony, śmigłowce, sprzęt łączności.
A jeden człowiek pozostaje przez długi czas niewidoczny, ponieważ znajduje się w miejscu, które z perspektywy ratowników może wyglądać jak kolejne skalne zagłębienie.
Tak niewiele potrzeba, żeby zniknąć z pola widzenia.
Dlaczego w norweskim terenie tak trudno kogoś odnaleźć?
Część osób wyobraża sobie poszukiwania w lesie jako grupę ludzi idących równym szeregiem pomiędzy drzewami.
W praktyce teren bardzo rzadko jest tak prosty.
Norwegia to nie tylko lasy. To również skalne urwiska, bagna, strumienie, doliny, górskie płaskowyże, jeziora i lodowce.
W jednym miejscu można zobaczyć daleko przed siebie, a kilka metrów dalej stracić z oczu człowieka stojącego za wielkim głazem.
Do tego dochodzą warunki pogodowe.
Mgła potrafi ograniczyć widoczność. Deszcz sprawia, że skały stają się śliskie. Silny wiatr zwiększa wychłodzenie organizmu, a spadek temperatury może bardzo szybko pogorszyć sytuację osoby unieruchomionej w terenie.
Telefon?
Świetnie, jeżeli jest zasięg.
Ale w górach i na odludziach nie można na nim polegać bezwarunkowo.
Akcja poszukiwawcza nie jest też zwyczajnym spacerem ratowników. Przeszukiwanie dużego obszaru wymaga planowania, łączności, dzielenia terenu na sektory i ponownego oceniania informacji napływających podczas działań.
Nawet po znalezieniu zaginionego problem nie zawsze się kończy.
Trzeba jeszcze bezpiecznie go ewakuować.
Z miejsca, w którym śmigłowiec niekoniecznie może wylądować.
Czasami podczas pogody, przy której sam lot staje się niebezpieczny.
To ogromna praca, o której łatwo zapominać, kiedy w mediach pojawia się krótkie zdanie: „Zaginiony został odnaleziony”.
Liczby, za którymi stoją prawdziwi ludzie
W 2025 roku wolontariusze norweskiego Czerwonego Krzyża uczestniczyli w 1456 akcjach poszukiwawczo-ratowniczych.
Wśród nich było 406 lądowych akcji poszukiwania osób zaginionych.
To nie oznacza 406 tajemniczych zaginięć bez rozwiązania. Większość działań ratowniczych nie przypomina historii kryminalnych.
Często chodzi o wypadki, zagubienie drogi, problemy zdrowotne albo osoby, które nie są w stanie samodzielnie wrócić z trudnego terenu.
Ale wystarczy pomyśleć, ile pracy kryje się za samymi liczbami.
Ile razy ktoś zostawiał własne obowiązki, żeby jechać na poszukiwania.
Ile godzin spędzano w deszczu, śniegu i ciemności.
Ile rodzin czekało na telefon.
W norweskim systemie ogromne znaczenie ma współpraca zawodowych służb z organizacjami wolontariackimi, między innymi Røde Kors Hjelpekorps i Norsk Folkehjelp.
Ludzie zaangażowani w takie działania nie zawsze dostają wielkie podziękowania ani pojawiają się na pierwszych stronach gazet.
Często wykonują swoją pracę daleko od kamer.
A później wracają do domów.
Niekiedy ze świadomością, że udało się komuś pomóc.
Innym razem z doświadczeniem, którego zapewne woleliby nigdy nie przeżyć.
Piękny las nie jest zobowiązany do bycia bezpiecznym
Kiedy czytam o podobnych zaginięciach, myślę o tym, jak łatwo romantyzować norweską naturę.
Zachwycam się ciemnymi lasami, stromymi górami i miejscowościami, w których domy stoją daleko od siebie.
Właśnie ta przestrzeń jest dla mnie jednym z najpiękniejszych elementów Norwegii.
Ale byłoby głupotą udawać, że zachwyt nad krajobrazem zapewnia człowiekowi jakąkolwiek ochronę.
Las nie sprawdza, czy jesteś doświadczonym turystą.
Góry nie robią wyjątku dla ludzi, którzy kochają przyrodę.
Skały nie stają się mniej niebezpieczne dlatego, że ktoś przebył już setki kilometrów górskich szlaków.
Norwegowie mają własne zasady bezpieczeństwa w górach, nazywane Fjellvettreglene.
Nakazują planować trasę, informować innych o swoich zamiarach, sprawdzać pogodę, mieć odpowiedni sprzęt, znać własne możliwości i nie wstydzić się zawrócić.
Ten ostatni punkt szczególnie mi się podoba.
Nie ma wstydu w rezygnacji z wycieczki, kiedy warunki zaczynają być niebezpieczne.
Nie ma żadnego bohaterstwa w udowadnianiu naturze, że człowiek za wszelką cenę musi dotrzeć do celu.
Czasami najrozsądniejszą decyzją jest po prostu powrót.
I nie interesuje mnie romantyczna wizja samotnego zdobywcy, który ignoruje pogodę, bo przecież prawdziwy miłośnik gór niczego się nie boi.
Strach bywa bardzo przydatny.
Pozwala podejmować decyzje, dzięki którym można później wrócić do domu.
Najbardziej przeraża mnie telefon, który nigdy nie dzwoni
W opowieściach o zaginięciach często skupiamy się na samym zaginionym.
Na ostatnim miejscu, w którym go widziano, godzinie wyjścia, pogodzie i przebiegu poszukiwań.
Ale jest jeszcze ktoś.
Osoba czekająca w domu.
Partner, rodzic, rodzeństwo albo przyjaciel.
Ktoś, kto najpierw sprawdza godzinę, później próbuje zadzwonić, a w końcu zaczyna rozumieć, że wydarzyło się coś złego.
Nie potrafię wyobrazić sobie bardziej bezsilnej sytuacji niż czekanie na wiadomość o bliskim człowieku, kiedy nie wiadomo nawet, gdzie dokładnie rozpocząć poszukiwania.
Historia Aleca Luhna skończyła się ratunkiem.
Holenderski turysta z Trollstigen również wrócił żywy.
Torjus Seland już nigdy nie wrócił do domu.
I właśnie dlatego nie chcę robić z prawdziwych zaginięć taniego horroru.
Norweski folklor zna huldrę, która zwabia ludzi w las, i nøkkena, który wabi ich do wody.
Uwielbiam takie opowieści.
Ale kiedy czytam o autentycznych poszukiwaniach, interesują mnie fakty.
Gdzie człowiek zaginął. Co utrudniało odnalezienie. Jak działały służby. Czy udało się go uratować.
A przede wszystkim: czy z danej historii można wyciągnąć coś, co pomoże komuś innemu.
Bo prawdziwa groza nie zawsze kryje się w tym, czego nie potrafimy wyjaśnić.
Czasami jest znacznie prostsza.
Człowiek wychodzi z domu.
Obiecuje, że wróci.
A później zapada cisza.
Norweski las może być jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Ale nie wie, jak bardzo ktoś na ciebie czeka.

Skomentuj