Nie wiem, skąd właściwie wzięło się przekonanie, że człowiek słuchający black metalu powinien być agresywnym psychopatą, którego najlepiej izolować od społeczeństwa.
Czasami mam wrażenie, że wystarczy pokazać komuś faceta z długimi włosami, tatuażami i koszulką Gorgoroth, żeby natychmiast zapaliła mu się czerwona lampka.
Satanista. Zwyrodnialec. Zagrożenie dla młodzieży.
A potem ten sam człowiek potrafi spokojnie oznajmić, że dziecku od czasu do czasu trzeba porządnie przyłożyć, bo inaczej wejdzie rodzicom na głowę.
No kurwa, logika godna podziwu.
Od lat interesuję się metalem i ludźmi, którzy go tworzą. Nie tylko ich muzyką, lecz także sposobem myślenia, wypowiedziami i tym, co robią poza sceną. Szczególnie fascynuje mnie różnica pomiędzy artystycznym wizerunkiem a człowiekiem, który się za nim kryje.
I właśnie podczas przeglądania wywiadów natrafiłam na coś, co moim zdaniem zasługuje na znacznie więcej uwagi.
Muzycy kojarzeni z agresją, brutalnością, satanistyczną symboliką i wszystkim, czego boją się konserwatywne środowiska, potrafią wypowiadać się o dzieciach w sposób zaskakująco ciepły i refleksyjny.
Niektórzy mówią o cierpliwości. Inni o własnych błędach wychowawczych, wolności światopoglądowej dzieci albo rezygnacji z kolejnych tras koncertowych, żeby spędzić czas z rodziną.
Czy wszyscy są dobrymi ojcami? Oczywiście, że nie wiem. Nie mieszkam z nimi i nie zamierzam wystawiać nikomu certyfikatu moralności na podstawie jednego wywiadu.
Ale ich wypowiedzi pokazują, jak absurdalne bywa ocenianie człowieka przez pryzmat muzyki, której słucha lub którą wykonuje.
Bo odpowiedzialność za dziecko nie zaczyna się od odpowiedniego światopoglądu, wyglądu ani niedzielnej wizyty w kościele.
Zaczyna się od tego, jak traktujemy drugiego człowieka.
A szczególnie tego, który jest od nas mniejszy, słabszy i całkowicie od nas zależny.
Gaahl. Nadopiekuńczy demon z Norwegii?

Od Gaahla muszę zacząć, bo to właśnie jego wypowiedź szczególnie przykuła moją uwagę.
Kristian Eivind Espedal, znany przede wszystkim z Gorgoroth i Gaahls Wyrd, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci norweskiej sceny blackmetalowej.
Jego sceniczny wizerunek raczej nie kojarzy się przeciętnemu człowiekowi z opieką nad dziećmi.
Corpse paint, surowe spojrzenie, oszczędność słów, niezwykle spokojny sposób wypowiadania się i ta charakterystyczna atmosfera, którą potrafi wokół siebie stworzyć.
Mam wrażenie, że gdyby ktoś nieznający jego twórczości zobaczył go po raz pierwszy, ostatnią rzeczą, o jaką chciałby go zapytać, byłoby przewijanie niemowlęcia.
A jednak.
W wywiadzie dla Metal Blast Gaahl przyznał, że w przeszłości zajmował się dziećmi przebywającymi w pieczy zastępczej.
Dziennikarz zapytał go również o ewentualne założenie własnej rodziny.
Gaahl stwierdził, że jest cierpliwym człowiekiem, ale ma również tendencję do martwienia się. Przypuszczał, że jako rodzic mógłby być nadopiekuńczy, i od razu zauważył, że nie byłoby to szczególnie dobre.
Przeczytałam tę wypowiedź i pomyślałam sobie, jak bardzo odbiega ona od stereotypowego wyobrażenia o blackmetalowym wokaliście.
Nie ma tu żadnego opowiadania o twardej ręce, bezwzględnej dyscyplinie czy potrzebie podporządkowania sobie dziecka.
Jest natomiast świadomość, że opieka nad małym człowiekiem wymaga cierpliwości i że nawet przesadna troska może przynieść negatywne skutki.
Oczywiście nie oznacza to, że znam Gaahla jako opiekuna. Znam jedynie jego publiczną wypowiedź.
Ale już sama ta wypowiedź pokazuje coś, czego ludzie oceniający człowieka po corpse paincie często nawet nie biorą pod uwagę.
Pod tą sceniczną otoczką jest ktoś, kto potrafi zastanawiać się nad emocjonalnymi konsekwencjami własnego zachowania wobec dziecka.
I chyba właśnie dlatego ten fragment wywiadu tak mocno mnie zainteresował.
James Hetfield. Kiedy odkrywasz w sobie zachowania własnych rodziców

Jamesa Hetfielda raczej nie trzeba nikomu przedstawiać.
Metallica, potężny głos, stadionowa energia i utwory, w których gniew jest niemal namacalny.
Ale za tym wszystkim kryje się człowiek wychowany w bardzo specyficznym środowisku religijnym, zmagający się przez lata z konsekwencjami trudnych doświadczeń rodzinnych.
Hetfield w filmie dokumentalnym Absent, dotyczącym nieobecności ojców i jej wpływu na dzieci, mówił również o własnym rodzicielstwie.
Poruszał problem zachowań wyniesionych z domu rodzinnego, które zaczynał dostrzegać w swoim podejściu do dzieci.
To temat, który uważam za cholernie ważny.
Bo w Polsce nieustannie spotykam się z argumentem, że skoro ktoś był bity, poniżany albo zastraszany jako dziecko, to najwyraźniej wyszło mu to na dobre.
„Ojciec mi przyłożył i jakoś żyję”.
Gratuluję. Oddychasz. Niezwykłe osiągnięcie.
Tylko co to właściwie ma udowadniać?
Że dorosły może bić słabszego człowieka, jeśli akurat uważa to za wychowawcze?
Że skoro samemu doświadczyło się przemocy, należy koniecznie zafundować ją kolejnemu pokoleniu?
Wypowiedzi Hetfielda są dla mnie interesujące nie dlatego, że przedstawiają idealnego ojca. Właśnie przeciwnie — pokazują człowieka, który musi zmierzyć się z własnymi problemami i ich wpływem na rodzinę.
Nie zawsze można zmienić to, co wydarzyło się w dzieciństwie.
Ale można zdecydować, czego nie chce się powtarzać.
I to jest dla mnie znacznie bardziej wartościowe niż jakiekolwiek zapewnienia o tradycyjnym wychowaniu.
Tobias Forge. Papa Emeritus ma ważniejsze sprawy niż kolejna trasa

Tobias Forge jest idealnym przykładem tego, jak niewiele sceniczny wizerunek musi mieć wspólnego z codziennością człowieka.
Ghost to przecież cała teatralna rzeczywistość zbudowana wokół religijnej prowokacji, makabrycznych postaci i estetyki, która doprowadza niektóre konserwatywne środowiska do rozpaczy.
A tymczasem Forge jest ojcem bliźniąt, Morrisa i Minou.
W rozmowach opowiadał o organizowaniu koncertowego życia w taki sposób, żeby móc wracać do domu nawet podczas krótkich przerw.
Natomiast w lutym 2026 roku publicznie mówił o potrzebie ograniczenia aktywności Ghost.
Powód?
Rodzina.
Dzieci dorastają, a on ma coraz większą świadomość, że czas spędzony poza domem jest czasem, którego nie da się odzyskać.
I dla mnie to jest bardzo konkretna deklaracja.
Można mieć ogromną karierę, pieniądze, popularność, własne artystyczne imperium i tysiące ludzi gotowych kupić bilet na kolejny koncert.
Tylko że dzieci nie będą miały po kilkanaście lat przez następne trzy dekady.
Nie można odłożyć ich dorastania do zakończenia światowej trasy.
Forge nie opowiada przy tym żadnych wielkich teorii wychowawczych. Mówi o czymś znacznie bardziej przyziemnym: chce po prostu być w domu.
I trudno mi nie zauważyć ironii.
Człowiek występujący w roli demonicznego papieża zastanawia się, jak spędzić więcej czasu z własnymi dziećmi.
A gdzieś indziej ktoś może właśnie tłumaczyć, że ojciec powinien przede wszystkim budzić respekt i strach.
Który z tych obrazów rzeczywiście powinien niepokoić?
Abbath i King Ov Hell. A może niech czterolatek sam zdecyduje?

Wywiad, który japoński VICE przeprowadził z Abbathem i Kingiem Ov Hell w listopadzie 2015 roku, ma w sobie coś absolutnie uroczego.
Wyobraźmy sobie dwóch norweskich blackmetalowców, wyglądających jak postacie wyciągnięte z najbardziej ponurej fantastyki.
Corpse paint, charakterystyczne miny i cała oprawa, od której osoby niezwiązane z metalem mogą dostać palpitacji.
Pod koniec rozmowy dziennikarz opowiedział, że jego czteroletni syn zobaczył muzyków i zaczął dopytywać, kim oni właściwie są.
Potworami? Duchami? Demonami? Kosmitami?
I tutaj zaczyna się najciekawszy fragment.
Abbath wspomniał, że jego własny syn ma 21 lat i niedawno zakończył służbę wojskową. Następnie zapytał Kinga o jego dziecko.
Tom Cato Visnes potwierdził, że miało wtedy 12 lat.
A co Abbath poradził dziennikarzowi?
Żeby pozwolił chłopcu interpretować ich wygląd tak, jak sam chce.
Nie musiał przekonywać dziecka, że jego wizerunek jest poważną sztuką i należy go odpowiednio rozumieć. Nie oburzył się na porównanie do potwora.
W jego odpowiedzi pojawiła się po prostu wolność interpretacji.
I muszę przyznać, że ta scena mnie rozbawiła.
Wyobrażam sobie czterolatka, który z pełną powagą analizuje, czy oglądany przez niego człowiek jest demonem, czy kosmitą, a sam zainteresowany właściwie nie widzi potrzeby prostowania całej sprawy.
Oczywiście nie jest to dowód, że Abbath albo King stosowali określone metody wychowania.
Ale jest to bardzo sympatyczny przykład podejścia do dziecięcej wyobraźni bez niepotrzebnego oburzenia.
Dziecko nie musi rozumieć black metalu.
Może uznać muzyka za potwora.
Może się z niego śmiać.
Może zadać absurdalne pytanie.
I świat naprawdę się od tego nie zawali.
Roman Kostrzewski. Dziecko zapamiętuje więcej, niż dorosłym się wydaje

Roman Kostrzewski jest dla mnie szczególnie ważną postacią w tym zestawieniu, ponieważ reprezentuje polską scenę, a jego dzieciństwo było dalekie od sielanki.
Człowiek, którego twórczość przez lata oburzała środowiska religijne, sam doskonale wiedział, czym jest dziecięce upokorzenie.
W rozmowie z portalem Wywiadowcy.pl wspominał swój pobyt w domu dziecka w Dobrodzieniu.
Trafił tam jako czterolatek.
Opowiadał również o swoim dawnym nazwisku, które stało się powodem drwin innych dzieci.
Był wyśmiewany, słuchał prześmiewczych piosenek i zapamiętał to na całe życie.
Właśnie wtedy postanowił, że jeśli będzie miał własne dzieci, oszczędzi im podobnych przykrości związanych z nazwiskiem.
Zatrzymajmy się przy tym na chwilę.
Dorosły człowiek, znany muzyk, po latach nadal pamięta konkretne słowa, którymi był upokarzany jako dziecko.
A mimo to wciąż słyszy się, że dzieci przesadzają, są przewrażliwione albo powinny po prostu nauczyć się znosić żarty.
Tylko że dla dziecka publiczne wyśmiewanie wcale nie musi być żartem.
Może być doświadczeniem, które pozostanie z nim przez dziesięciolecia.
Roman nie próbował przy tym przedstawiać swojego pobytu w domu dziecka w sposób całkowicie jednostronny. Dostrzegał, że dla niektórych dzieci taka placówka mogła oznaczać również ochronę przed przemocą i skrajnymi problemami w rodzinie.
To ważne, bo rzeczywistość nie zawsze mieści się w wygodnych schematach.
I znowu mamy człowieka, którego sceniczny wizerunek wzbudzał oburzenie, a który potrafił mówić o dziecięcym doświadczeniu z perspektywy własnego cierpienia.
Beldaroh z Besatt. Satanista, który nie chce wychowywać córki na satanistkę

Ten przykład jest jednym z moich ulubionych.
Polski blackmetalowiec, lider Besatt, w wywiadzie dla niemieckiego metal.de został zapytany o wychowanie swojej córki.
I co odpowiedział człowiek, którego muzyka jest jawnie satanistyczna i antychrześcijańska?
Że nie zamierza wpajać dziecku ani wartości chrześcijańskich, ani satanistycznych.
Chce, żeby córka sama zdecydowała, jaką drogą będzie podążać.
W tamtym czasie miała sześć lat, nie była ochrzczona i nie chodziła na religię.
No i teraz naprawdę chciałabym zobaczyć miny ludzi przekonanych, że satanista musi koniecznie demoralizować własne dzieci.
Bo okazuje się, że człowiek śpiewający o Szatanie może jednocześnie otwarcie mówić o pozostawieniu córce wolności światopoglądowej.
A w Polsce nadal istnieją rodziny, w których odmienne przekonania religijne dziecka traktowane są niemal jak osobista zdrada rodziców.
Nie rozumiem tego.
Dziecko nie przychodzi na świat jako katolik, luteranin, satanista czy ateista z gotowym zestawem świadomie wybranych poglądów.
Przychodzi na świat jako człowiek, który dopiero będzie poznawał rzeczywistość.
Rodzice mogą opowiadać mu o swoich przekonaniach, tłumaczyć je i rozmawiać.
Ale czym innym jest rozmowa, a czym innym przymus.
Sama nie chciałabym wychowywać dziecka w przekonaniu, że ma obowiązek podzielać mój światopogląd tylko dlatego, że jest moim dzieckiem.
Jeśli kiedyś wybierze inną drogę, nadal pozostanie odrębnym człowiekiem, a nie nieudaną kopią rodzica.
I właśnie dlatego wypowiedź Beldaroha jest tak interesująca.
Nie dowodzi oczywiście, że był idealnym ojcem.
Dowodzi natomiast, że satanistyczny światopogląd nie musi oznaczać chęci ideologicznego podporządkowania sobie dziecka.
Marilyn Manson. Wychowanie dziecka jako dzieło sztuki

Marilyn Manson jest chyba jednym z najbardziej oczywistych przykładów artysty, którego publiczny wizerunek przez lata wywoływał moralną panikę.
Demonizowanie go stało się niemal osobną dyscypliną.
Miał deprawować młodzież, szerzyć zło, promować przemoc i odpowiadać za wszelkie nieszczęścia, których nie potrafiono inaczej wyjaśnić.
A jednak w rozmowie z The Guardian w maju 2003 roku, zapytany o ewentualne ojcostwo, powiedział coś, co moim zdaniem zasługuje na uwagę.
Nie wykluczał posiadania dziecka, ale zaznaczył, że zdecydowałby się na to dopiero wtedy, gdy mógłby poświęcić mu odpowiednio dużo uwagi.
Wychowywanie dziecka określił jako najwyższą formę sztuki.
I niezależnie od tego, co myśli się o Mansonie, samo porównanie jest interesujące.
Bo rodzicielstwo nie polega przecież wyłącznie na biologicznym posiadaniu potomstwa.
Dziecko nie jest kolejnym osiągnięciem, które można odhaczyć na liście życiowych planów.
Nie wystarczy je urodzić, ubrać, nakarmić i oczekiwać wdzięczności do końca życia.
Wychowanie wymaga uwagi, czasu i odpowiedzialności.
Jednocześnie nie zamierzam przedstawiać Mansona jako wzoru moralnego tylko dlatego, że w jednym wywiadzie powiedział coś wartościowego.
Wobec artysty pojawiły się poważne oskarżenia o przemoc i nadużycia, którym zaprzeczał.
Nie byłoby uczciwe ich ignorować, podobnie jak nieuczciwe byłoby traktowanie samego oskarżenia jako automatycznego rozstrzygnięcia wszystkich faktów.
Można docenić określoną wypowiedź bez budowania wokół jej autora pomnika.
I właśnie tego zamierzam się trzymać.
Corey Taylor. Rodzic też musi nauczyć się przepraszać

Corey Taylor z Slipknot to kolejny muzyk, którego maski i sceniczne zachowanie mogą budzić skrajne reakcje.
Ale jego wypowiedzi o relacji z synem dotyczą problemów, które nie mają nic wspólnego z koncertami ani brutalną muzyką.
Mówił o własnych błędach, podnoszeniu głosu i konieczności zmiany sposobu komunikowania się z dzieckiem.
To temat, przy którym trudno mi zachować spokój, ponieważ wciąż spotykam się z przekonaniem, że rodzic nie powinien przepraszać własnego dziecka.
Dlaczego?
Bo straci autorytet?
Bo dziecko przestanie się go bać?
Bo odkryje, że ojciec albo matka również potrafią popełnić błąd?
Przecież właśnie tego powinno się dzieci uczyć.
Że każdy człowiek ponosi odpowiedzialność za swoje zachowanie.
Również dorosły.
Nie istnieje żaden magiczny moment, w którym człowiek po osiągnięciu pełnoletności nabywa prawo do poniżania innych tylko dlatego, że jest starszy.
A już szczególnie nie powinien robić tego wobec własnego dziecka.
Przeprosiny nie są oznaką słabości.
Oznaką słabości jest potrzeba budowania autorytetu na strachu kogoś, kto nie może się przed nami obronić.
Jonathan Davis. Dziecko nie musi realizować ambicji ojca

Jonathan Davis z Korn opowiadał w wywiadzie dla Onetu o przyszłości swoich synów.
Przyznał, że nie miałby nic przeciwko temu, żeby poszli w jego muzyczne ślady, ale nie zamierza podejmować za nich decyzji.
Chciał wspierać ich niezależnie od tego, jaki zawód wybiorą.
I wydawałoby się, że jest to coś zupełnie oczywistego.
A jednak znamy przecież historie rodziców, którzy traktują dzieci jak przedłużenie własnych ambicji.
Ojciec był lekarzem, więc syn też ma być lekarzem.
Matka nie została prawniczką, więc córka ma zrealizować jej marzenie.
Rodzinna firma musi zostać przejęta, choćby dziecko nienawidziło każdej minuty spędzonej w tym miejscu.
A jeśli wybierze coś innego?
Rozczarowanie, pretensje i wypominanie poświęceń.
Tylko po co w ogóle mieć dzieci, jeśli nie akceptuje się tego, że mogą wyrosnąć na zupełnie innych ludzi?
Nie istnieje obowiązek dziedziczenia pasji rodziców.
I nie powinno istnieć uzależnianie miłości od zawodowych czy życiowych decyzji dziecka.
Serj Tankian. Zamiast narzucać, można pokazywać

Serj Tankian z System of a Down opowiadał o powstaniu utworu Rumi, inspirowanego relacją z synem.
Pracował nad muzyką przy pianinie, kiedy chłopiec przebywał w pobliżu. Wspólna codzienność, dziecięce dźwięki i próby zwrócenia jego uwagi stały się częścią procesu twórczego.
Zwykła sytuacja rodzinna, która później przerodziła się w utwór.
Tankian opowiadał również o pokazywaniu synowi różnych gatunków muzycznych.
Od Beatlesów po ekstremalny metal.
I bardzo mi się podoba takie podejście.
Bo można dzielić się z dzieckiem własnymi zainteresowaniami bez robienia z nich obowiązkowego programu wychowawczego.
Można puścić mu Slayera, a potem zaakceptować, że woli jazz.
Można pokazać mu black metal i nie dostać ataku histerii, jeśli stwierdzi, że brzmi to okropnie.
Dziecko ma przecież prawo mieć własny gust.
To samo dotyczy poglądów, zainteresowań i późniejszych wyborów życiowych.
Vintersorg. Nauczyciel, ojciec i metalowiec

Andreas Hedlund, znany jako Vintersorg, przez lata łączył działalność muzyczną z pracą nauczyciela.
W rozmowach opowiadał o dziecięcej ciekawości świata i o tym, jak ważna jest otwartość na pytania zadawane przez najmłodszych.
Wraz z ojcostwem jego podejście do koncertowania również uległo zmianie.
Nie chciał spędzać większości czasu poza domem, kiedy dzieci dorastały.
I to jest kolejny przykład pokazujący, jak bardzo stereotyp agresywnego metalowca rozmija się z niektórymi rzeczywistymi wyborami muzyków.
Człowiek może wykonywać ekstremalną muzykę, śpiewać agresywnym wokalem i równocześnie cierpliwie tłumaczyć dziecku, dlaczego niebo jest niebieskie.
Nie widzę tu żadnej sprzeczności.
Sprzeczność widzę natomiast wtedy, kiedy dorosły deklaruje miłość do dziecka, a jednocześnie uważa przemoc za element wychowania.
Bruce Dickinson. Dziecko też ma swoje życie

Bruce Dickinson z Iron Maiden zwracał uwagę na coś, o czym dorośli potrafią zapominać.
Dzieci mają własną codzienność.
Szkołę, przyjaciół, zainteresowania, rytm dnia.
W rozmowie z Metal Rules tłumaczył, że zabieranie dzieci w trasy koncertowe wyłącznie po to, żeby rodzic mógł mieć je blisko siebie, nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem.
Bo to, co dla muzyka jest ekscytującą podróżą, dla dziecka może oznaczać zerwanie z jego codziennym życiem.
I właśnie takie spojrzenie uważam za rozsądne.
Dziecko nie powinno być bezustannie dopasowywane do dorosłych.
Jego potrzeby nie stają się mniej ważne tylko dlatego, że nie zarabia pieniędzy i nie podejmuje rodzinnych decyzji.
Ozzy Osbourne. Miłość nie naprawia automatycznie wyrządzonych krzywd

Przy Ozzym nie zamierzam udawać, że mamy do czynienia z historią wzorowego ojcostwa.
Jego życie rodzinne było pełne problemów.
Uzależnienia, nieobecności i przemoc pozostawiły konsekwencje, o których sam publicznie mówił.
Przyznawał się do błędów i próbował później odbudowywać relacje z bliskimi.
To jednak nie sprawia, że wcześniejsze krzywdy przestają istnieć.
I właśnie z tego powodu chcę go uwzględnić.
Bo nie zamierzam przekonywać, że metalowcy są wyjątkowo dobrzy, a wszyscy pozostali źli.
Byłoby to dokładnie takim samym uproszczeniem jak stereotyp, z którym próbuję polemizować.
Ozzy pokazuje trudniejszą stronę rodzicielstwa: można kochać własne dzieci, a jednocześnie zachowywać się wobec nich w sposób, który zostawia bardzo poważne ślady.
Sama deklarowana miłość nie wystarcza.
Liczą się czyny.
Metal nie jest instrukcją obsługi przemocy
Skoro już tyle razy słyszałam, że agresywna muzyka wychowuje agresywnych ludzi, warto zajrzeć również do badań.
W 2015 roku Leah Sharman i Genevieve Dingle z University of Queensland opublikowały badanie dotyczące wpływu ekstremalnej muzyki na emocje.
W eksperymencie uczestniczyło 39 miłośników ekstremalnych gatunków muzycznych.
Badaczki najpierw wywoływały u uczestników złość, a następnie sprawdzały ich reakcje podczas słuchania wybranej przez nich muzyki albo przebywania w ciszy.
Co się okazało?
Słuchanie ekstremalnej muzyki nie spowodowało wzrostu odczuwanej złości.
U części uczestników muzyka wiązała się natomiast ze wzrostem pozytywnych emocji i energii.
To nie znaczy, że każdy metalowiec jest chodzącym aniołem spokoju.
Nie znaczy też, że metal automatycznie rozwija empatię.
Ale pokazuje, że popularna teoria o prostej zależności między brutalnym brzmieniem a brutalnym zachowaniem jest znacznie słabsza, niż niektórzy chcieliby wierzyć.
Dla wielu ludzi ekstremalna muzyka jest sposobem przeżywania emocji, a nie zachętą do ich wyładowywania na innych.
Można wrócić po ciężkim dniu do domu, włączyć Gorgoroth i zwyczajnie odpocząć.
Nie trzeba przy okazji nikogo pobić.
Naprawdę.
Najwięcej agresji nie zawsze znajdziemy tam, gdzie najgłośniej gra muzyka
Jest jeszcze jedna rzecz, o której chcę napisać.
W Polsce nadal spotykam się z przerażającą pobłażliwością wobec przemocy wychowawczej.
W komentarzach internetowych regularnie pojawiają się ludzie, którzy z pełnym przekonaniem tłumaczą, że dzieci trzeba bić, bo inaczej nie wyrosną na porządnych dorosłych.
Niektórzy wręcz chwalą się tym, że sami byli bici.
Jakby fakt, że przeżyli dzieciństwo, automatycznie potwierdzał skuteczność każdej zastosowanej wobec nich metody.
I właśnie tutaj pojawia się coś, co uważam za szczególnie obrzydliwe.
Dorosły człowiek potrafi jednocześnie potępiać black metal jako muzykę agresji i usprawiedliwiać fizyczne karanie kilkuletniego dziecka.
Czyli człowiek śpiewający o przemocy jest zagrożeniem, ale człowiek faktycznie uderzający dziecko już nie?
W którym momencie przestaliśmy odróżniać artystyczną ekspresję od rzeczywistego krzywdzenia drugiego człowieka?
Nie toleruję przemocy wobec dzieci.
I nie zamierzam udawać, że istnieje jakaś akceptowalna liczba uderzeń, po której dopiero zaczyna się problem.
Jeden klaps też jest przekroczeniem granicy.
Rodzic nie otrzymuje prawa do używania przemocy tylko dlatego, że biologicznie jest rodzicem.
Gdybym była świadkiem takiego zachowania, nie zastanawiałabym się, czy sprawca ma odpowiednią koszulkę, poglądy albo wyznanie.
Interesowałoby mnie bezpieczeństwo dziecka.
I oczekiwałabym odpowiedniej reakcji, włącznie z interwencją właściwych służb oraz ograniczeniem praw rodzicielskich, jeśli wymagałaby tego sytuacja.
Dziecko nie jest własnością rodzica.
Nie jest również jego workiem treningowym.
Można wyznaczać granice, uczyć odpowiedzialności i reagować na niewłaściwe zachowania bez bicia, poniżania i zastraszania.
To naprawdę nie jest żadna nowoczesna fanaberia.
To zwykłe traktowanie drugiego człowieka z szacunkiem.
A może problem nigdy nie tkwił w metalu?
Kiedy czytam wypowiedzi Gaahla, Tobiasa Forge’a, Romana Kostrzewskiego czy Beldaroha, nie widzę dowodów na to, że black metal jest jakimś cudownym narzędziem wychowawczym.
I nie o to mi chodzi.
Widzę natomiast ludzi, którzy przynajmniej w określonych wypowiedziach potrafią mówić o sprawach ważnych dla dzieci: bezpieczeństwie, niezależności, obecności rodziców i konsekwencjach własnych doświadczeń.
Niektórzy przyznają się do błędów.
Inni opowiadają o potrzebie wolności albo o zwykłym pragnieniu spędzania czasu z rodziną.
A teraz chciałabym zapytać wszystkich, których tak bardzo przerażają blackmetalowcy.
Co właściwie jest groźniejszego w człowieku śpiewającym o Szatanie niż w człowieku, który uważa bicie dziecka za przejaw troski?
Dlaczego długie włosy, tatuaże i corpse paint miałyby świadczyć o moralności bardziej niż rzeczywiste zachowanie?
I dlaczego wciąż tak łatwo przypisujemy dobroć ludziom deklarującym odpowiednie wartości, zamiast sprawdzać, czy sami potrafią ich przestrzegać?
Nie zamierzam twierdzić, że wszyscy metalowcy kochają dzieci, są łagodni i nigdy nie stosują przemocy.
Są w tym środowisku ludzie dobrzy, źli, odpowiedzialni i skrajnie nieodpowiedzialni.
Dokładnie tak samo jak poza nim.
Ale nie zgadzam się na ocenianie człowieka według tego, co ma na koszulce albo czego słucha wieczorem.
Bo można występować na scenie w corpse paincie, a później wrócić do domu i spokojnie czytać dziecku książkę.
Można śpiewać o piekle i jednocześnie uważać, że dziecko zasługuje na wolność wyboru.
Można być ateistą, satanistą czy osobą całkowicie obojętną religijnie i rozumieć, że bicie słabszego człowieka jest niedopuszczalne.
I można też publicznie mówić o miłości, rodzinie i moralności, a prywatnie krzywdzić własne dzieci.
Muzyka nie jest certyfikatem charakteru.
Religia też nie.
Dlatego zamiast pytać, czy ktoś słucha Gorgoroth, Slipknot albo Ghost, wolę zapytać o coś znacznie prostszego.
Czy jego dziecko może przyznać się do błędu bez strachu?
Czy może mieć własne zdanie?
Czy może powiedzieć, że czegoś nie chce?
Czy rodzic potrafi je przeprosić?
I czy dom jest miejscem, do którego chce wracać, czy miejscem, z którego marzy o ucieczce?
Bo jeżeli dziecko boi się własnego rodzica, to naprawdę najmniejszym problemem w tym domu jest muzyka płynąca z głośników.
Nie trzeba być świętym, żeby dobrze traktować dziecko. Trzeba po prostu nie być wobec niego oprawcą.
A jeśli komuś bardziej przeszkadza Gaahl w corpse paincie niż dorosły usprawiedliwiający bicie dzieci, to może najwyższy czas zastanowić się, gdzie naprawdę widzi zagrożenie.
Źródła i materiały
- Gaahl – A Ghost Invited: An Interview with Gaahl, Metal Blast.
https://www.metalblast.net/p/a-ghost-invited-an-interview-with-gaahl - Abbath i King Ov Hell (Tom Cato Visnes) – wywiad, VICE Japan.
https://www.vice.com/ja/article/abbath-interview/ - Roman Kostrzewski – wywiad, Wywiadowcy.pl.
https://wywiadowcy.pl/roman-kostrzewski/ - Beldaroh (Besatt) – wywiad dotyczący m.in. wychowania córki, metal.de.
https://www.metal.de/interviews/besatt-36435/ - Marilyn Manson – wywiad, The Guardian, 4 maja 2003.
https://www.theguardian.com/music/2003/may/04/artsfeatures.popandrock - Jonathan Davis (Korn) – wywiad, Onet Kultura.
https://kultura.onet.pl/muzyka/wywiady-i-artykuly/jonathan-davis-o-polsce-i-fanach-korn-badzcie-szaleni/k3wrd56 - Tobias Forge (Ghost) – wywiad, Music Feeds.
https://musicfeeds.com.au/features/ghosts-tobias-forge-on-putting-together-a-ghost-live-show-the-bands-identity-crisis/ - Leah Sharman, Genevieve Dingle (2015) – Extreme Metal Music and Anger Processing, Frontiers in Human Neuroscience.
https://www.frontiersin.org/journals/human-neuroscience/articles/10.3389/fnhum.2015.00272/full

Skomentuj