Założył Kościół Szatana, napisał Biblię Szatana i zrobił z diabła jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli swojej filozofii. Jest tylko jeden, dość zabawny szczegół. Anton Szandor LaVey nie wierzył w istnienie Szatana. W przeciwieństwie do wielu chrześcijan, którzy do dziś próbują nim straszyć ludzi.
Szatan, którego nikt nie musiał przywoływać
Wyobrażam sobie reakcję przeciętnego religijnego moralisty na widok człowieka z odwróconym pentagramem na szyi i Biblią Szatana pod pachą.
Diabeł. Demony. Piekło. Zagrożenie duchowe.
Jeszcze chwila i ktoś zacznie szukać egzorcysty.
Tylko że w przypadku satanizmu Antona LaVeya cała ta opowieść rozsypuje się już na samym początku.
LaVey nie wierzył w nadprzyrodzonego diabła. Nie zakładał istnienia piekielnego królestwa, do którego po śmierci trafiają grzesznicy. Jego satanizm wyrósł z ateistycznej, materialistycznej wizji świata, w której Szatan był symbolem buntu, cielesności i indywidualizmu.
Nie istotą, do której należy się modlić.
Przyznaję, że właśnie ten element filozofii LaVeya szczególnie do mnie przemawia. Nie potrzebuję niebiańskiego obserwatora, który przez całe życie miałby pilnować moich decyzji, a po śmierci wystawić mi ocenę z moralności.
Wystarczy mi świadomość, że moje życie należy do mnie. Razem z konsekwencjami tego, co robię.
Anton LaVey. Człowiek, który potrafił sprzedać własną legendę
Anton Szandor LaVey, a właściwie Howard Stanton Levey, urodził się w 1930 roku w Chicago.
Wokół jego biografii narosło mnóstwo opowieści o cyrkach, nocnych klubach, niezwykłych doświadczeniach i fascynacji ludzką naturą. Część z nich pochodziła od samego LaVeya, który doskonale wiedział, jak stworzyć wokół siebie aurę tajemniczości. Nie wszystkie wytrzymują konfrontację z niezależnymi ustaleniami biografów i dziennikarzy.
Nie przeszkodziło mu to w zbudowaniu jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci współczesnego satanizmu.
30 kwietnia 1966 roku założył w San Francisco Kościół Szatana. Datę powiązał z Nocą Walpurgi, kojarzoną w europejskiej tradycji z czarownicami i magią.
Trzy lata później ukazała się Biblia Szatana.
Sama nazwa musiała działać niektórym chrześcijanom na nerwy. Wyobrażam sobie człowieka, który przez całe życie traktuje Biblię jako świętość, a nagle widzi książkę z tytułem będącym jej prowokacyjnym odwróceniem.
LaVey wiedział, co robi.
Ogolił głowę, przywdział czerń, otoczył się symboliką, a religijną powagę potraktował jak materiał do własnego przedstawienia.
Można uznać to za tani teatr. Można też docenić, jak skutecznie wykorzystał symbole, których inni panicznie się bali.
Ja widzę w nim przede wszystkim prowokatora. Inteligentnego, świetnie rozumiejącego siłę wizerunku, ale też momentami zakochanego we własnej legendzie.
Kto właściwie wierzy w diabła? Bo chyba nie ci, których oskarżacie
To jest chyba mój ulubiony absurd związany z satanizmem laveyańskim.
Chrześcijanie ostrzegają przed Szatanem. W tradycyjnej doktrynie chrześcijańskiej diabeł jest rzeczywistym bytem duchowym, przeciwnikiem Boga, istotą zdolną do kuszenia człowieka.
Niektórzy chrześcijanie widzą jego działalność w muzyce, filmach, książkach i symbolach. Wystarczy odpowiednia okładka płyty, a zaraz pojawia się opowieść o demonicznych wpływach.
Tymczasem satanista laveyański może spokojnie słuchać black metalu, czytać LaVeya i w ogóle nie wierzyć, że jakikolwiek diabeł istnieje.
I kto tutaj właściwie wierzy w Szatana?
No właśnie.
Przyznaję, że jest to dla mnie nieźle pokręcone.
Jeszcze bardziej rozbraja mnie argument, że satanista służy diabłu nawet wtedy, kiedy sam zaprzecza jego istnieniu.
Czyli człowiek mówi, że nie wierzy w diabła, a ktoś inny odpowiada mu, że diabeł i tak nim kieruje.
Wygodne, prawda?
W ten sposób rzeczywiste przekonania rozmówcy nie mają żadnego znaczenia. Wystarczy religijna interpretacja i problem rozwiązany.
Oczywiście istnieją również nurty satanizmu teistycznego, w których Szatan lub inne byty duchowe są traktowane dosłownie. Nie mam zamiaru udawać, że każdy satanista myśli identycznie.
Ale LaVey stworzył konkretną filozofię. Ateistyczną. I jeśli ktoś oskarża jej zwolenników o modlenie się do diabła, którego nie uznają za realną istotę, to wypadałoby najpierw przeczytać choćby podstawowe założenia tej filozofii.
Zamiast opowiadać bzdury.
Biblia Szatana. Wolność jednostki bez świętego obowiązku cierpienia
W 1969 roku LaVey opublikował dziewięć satanistycznych twierdzeń, stanowiących jedną z podstaw jego filozofii.
Przyjemność zamiast wyrzeczenia. Rzeczywiste życie zamiast duchowych obietnic. Odpowiedzialność wobec tych, którzy na nią zasługują, zamiast obowiązku kochania wszystkich bez wyjątku.
Nie jest to filozofia szczególnie łagodna.
I nie musi być.
Jedną z rzeczy, które zawsze drażniły mnie w religijnym moralizatorstwie, jest przekonanie, że człowiek powinien stale czegoś sobie odmawiać. Odpowiednio się ubierać, odpowiednio mówić, odpowiednio kochać, a najlepiej jeszcze czuć się winny, gdy czerpie z życia przyjemność.
LaVey odwrócił ten sposób myślenia.
Człowiek ma potrzeby, pragnienia i własną wolę. Nie musi traktować cielesności jak czegoś brudnego ani pokory jak najwyższej cnoty.
To podejście jest mi bliskie.
Szczególnie w kwestii seksualności.
Naprawdę nie interesuje mnie, czy dwoje dorosłych ludzi ma ślub. Jeżeli oboje świadomie zgadzają się na intymność, traktują się uczciwie i nikogo nie krzywdzą, nie widzę powodu, żeby ktokolwiek urządzał im moralny proces.
LaVey odrzucał religijne potępienie przyjemności seksualnej i akceptował różnorodność dobrowolnych relacji dorosłych.
To nie oznacza jednak, że wynalazł wolność seksualną. Nie oznacza też, że jego filozofia jest jedyną świecką alternatywą dla konserwatywnej moralności.
Po prostu wyraził pewne idee w sposób, który wyjątkowo skutecznie doprowadzał religijnych moralistów do szału.
I chyba właśnie dlatego tak dobrze go zapamiętano.
Zemsta, egoizm i granice mojej sympatii do LaVeya
Nie zamierzam robić z LaVeya nieomylnego autorytetu.
W jego filozofii znajdują się również rzeczy, które mi nie odpowiadają. Najbardziej problematyczne wydają mi się pochwała zemsty oraz niektóre elitarystyczne poglądy na ludzi.
Rozumiem, dlaczego sprzeciwiał się idei bezwarunkowego przebaczania.
Nie uważam, że ofiara przemocy powinna wybaczać oprawcy. Nie musi się z nim godzić, utrzymywać kontaktu ani udawać, że wszystko jest w porządku.
Ale zemsta nie jest jedyną alternatywą dla nadstawiania drugiego policzka.
Można postawić granice, odejść i zadbać o własne bezpieczeństwo bez szukania odwetu.
Nie przekonuje mnie też podejście, w którym słabość człowieka staje się niemal powodem do pogardy.
Ludzie bywają bezradni, chorują, przechodzą kryzysy i potrzebują pomocy. Nie widzę niczego godnego potępienia w samym fakcie, że ktoś nie radzi sobie równie dobrze jak inni.
Wolność jednostki nie musi oznaczać braku empatii.
Jeśli jakaś filozofia wymagałaby ode mnie porzucenia własnego sumienia i bezkrytycznego przyjęcia wszystkich poglądów jej twórcy, przestałaby być dla mnie filozofią wolności.
Stałaby się kolejnym zestawem przykazań.
A jednych przykazań nie zamierzam zastępować drugimi.
Składanie ofiar? Może najpierw przeczytajcie zasady
Satanizm od dawna jest łączony w popularnej wyobraźni z krzywdzeniem dzieci, zwierząt i rytualnymi morderstwami.
Tymczasem w Jedenastu satanistycznych regułach Ziemi, sformułowanych przez LaVeya, znajduje się wyraźny zakaz krzywdzenia małych dzieci.
Jest tam również zakaz zabijania zwierząt innych niż ludzie, z wyjątkami dotyczącymi ataku oraz zdobywania pożywienia.
Kościół Szatana nie uznaje składania ludzi czy zwierząt w ofierze za element swoich praktyk.
A mimo to wciąż spotykam się z przekonaniem, że satanista musi mieć w domu ołtarz, na którym morduje koty.
Kurwa, naprawdę?
Nie mam problemu z krytykowaniem rzeczywistych poglądów LaVeya. Sama nie zgadzam się choćby z dopuszczaniem zabijania zwierząt dla pożywienia, bo moje rozumienie empatii wobec zwierząt idzie dalej.
Ale skoro ktoś chce krytykować satanizm, niech krytykuje to, co rzeczywiście znajduje się w jego założeniach.
Nie opowieści z kiepskiego horroru.
Nie potrzebuję żadnej sympatii do Kościoła Szatana, żeby stwierdzić, że przypisywanie mu obowiązku rytualnego zabijania jest fałszywym przedstawianiem jego nauczania.
Magia bez diabła. Teatr czy rzeczywista siła?
LaVey wprowadził do swojego satanizmu rytuały i magię, choć nie wierzył w nadprzyrodzonego Szatana.
Brzmi jak sprzeczność?
Trochę tak.
Kościół Szatana interpretuje rytuały przede wszystkim jako narzędzie emocjonalnego i psychologicznego oddziaływania. Ceremonia może pomagać człowiekowi skupić się na pragnieniach, odreagować frustrację czy nadać symboliczny charakter pewnym doświadczeniom.
Przy czym sam LaVey posługiwał się również językiem sugerującym wpływanie magią na rzeczywistość. Tych twierdzeń nie należy automatycznie utożsamiać ze współczesnym, czysto psychologicznym wyjaśnieniem rytuałów.
Dla mnie magia jako symboliczny teatr jest interesująca. Sama estetyka, atmosfera i możliwość wyrażania emocji poprzez rytuał mogą mieć znaczenie dla człowieka.
Ale nie będę twierdzić, że odprawienie ceremonii daje komuś nadprzyrodzoną kontrolę nad światem.
Fascynacja symboliką nie wymaga rezygnacji z rozsądku.
A może ludzi przeraża przede wszystkim nazwa?
Czasami zastanawiam się, co by było, gdyby LaVey stworzył dokładnie tę samą filozofię, ale nazwał ją po prostu świeckim indywidualizmem.
Czy wywołałby podobną panikę?
Wątpię.
Tyle że on nie chciał brzmieć jak autor grzecznego poradnika filozoficznego.
Wybrał Szatana.
Symbol, którym przez stulecia straszono ludzi, wykorzystał do przedstawienia idei sprzeciwu wobec religijnego autorytetu.
I nagle sama nazwa wystarczała, żeby ktoś uznał jego zwolenników za niebezpiecznych.
Znam to myślenie również ze świata muzyki.
Blackmetalowy muzyk może nosić corpse paint, odwrócone krzyże i śpiewać o Szatanie, a część odbiorców natychmiast uzna, że musi być wyznawcą diabła.
Bez rozmowy, bez zainteresowania tekstami, bez próby zrozumienia, czy chodzi o religię, sztukę, prowokację czy krytykę chrześcijaństwa.
Wystarczy wygląd.
Dla mnie to jeden z najbardziej irytujących rodzajów powierzchowności.
O człowieku znacznie więcej mówi to, jak traktuje innych, niż to, czy nosi pentagram.
A już szczególnie nie zamierzam uznawać kogoś za moralny autorytet tylko dlatego, że chodzi z krzyżem na szyi.
LaVey nie potrzebuje świętości. Potrzebuje czytelnika, który myśli
Anton LaVey zmarł w 1997 roku. Pozostawił po sobie filozofię, która nadal budzi emocje, choć od publikacji Biblii Szatana minęło ponad pół wieku.
Nie uważam, że wszystko, co napisał, jest genialne.
Niektóre idee przemawiają do mnie bardzo mocno. Inne odrzucam bez większego żalu.
I nie widzę powodu, żeby się z tego tłumaczyć.
Cenię samodzielność, odpowiedzialność za własne decyzje, wolność seksualną oraz sprzeciw wobec religijnej kontroli życia prywatnego.
Jednocześnie uważam, że człowiek może być silny bez pogardy wobec słabszych i niezależny bez szukania zemsty.
LaVey nie musi mieć racji we wszystkim, żeby jego filozofia była warta poznania.
Podobnie jak nie trzeba być satanistą, żeby dostrzec hipokryzję ludzi, którzy oceniają innych na podstawie religijnych symboli.
Najzabawniejsze pozostaje jednak to, od czego zaczęłam.
Założyciel Kościoła Szatana nie wierzył w rzeczywistego diabła.
Wielu ludzi, którzy go potępiali, wierzyło.
Czyli chrześcijanin może wierzyć w Szatana bardziej dosłownie niż satanista.
I właśnie dlatego mam pewną prośbę do wszystkich, którzy chcieliby straszyć mnie diabłem.
Zanim zaczniecie przekonywać mnie, że służę istocie, której istnienia nie uznaję, przypomnijcie sobie, kto właściwie w nią wierzy.
Bo wygląda na to, że nie ja.

Skomentuj