Przez niemal trzydzieści lat kupowałam płyty, jeździłam na koncerty i interesowałam się jego twórczością. Nie przeszkadzała mi pornografia ani sceniczne prowokacje. Ale jeden przypadkowo znaleziony wywiad sprawił, że przestałam wspierać jego solowe projekty.

Rammsteina słucham dosłownie od życia płodowego. Moja mama jest fanką zespołu od początku jego działalności, więc trudno byłoby mi wskazać moment, w którym ta muzyka pojawiła się w moim życiu.

Ona po prostu zawsze była.

Nie mam żadnej wzruszającej historii o pierwszym usłyszanym utworze, który wszystko zmienił. Nie pamiętam pierwszego kontaktu z głosem Tilla Lindemanna. Dorastałam przy tej muzyce i tyle.

Mam wszystkie albumy Rammsteina. W mojej kolekcji są nawet kasety magnetofonowe, bo zespół zaczynał przecież w czasach, kiedy ten format był jeszcze czymś zupełnie normalnym. Kupowałam również solowe wydawnictwa Lindemanna, dopóki nie poznałam jego wypowiedzi o łowiectwie.

Byłam na wielu koncertach Rammsteina i solowego Tilla. Czytałam jego poezję, sięgnęłam też po książkę o zespole. Interesowało mnie właściwie wszystko, co dotyczyło jego twórczości.

Nie piszę zatem o człowieku, którego znam z kilku filmików na YouTubie.

Przez lata wydawałam na jego muzykę pieniądze, oglądałam go na żywo i naprawdę ceniłam jego talent.

I chyba dlatego tak cholernie mnie to rozczarowało.

Miłośnik zwierząt? Tak przynajmniej przedstawiano go wśród fanów

Jest jeszcze jedna rzecz, która sprawiła, że cała ta historia tak bardzo mnie wkurzyła.

Przez lata na grupach fanowskich Rammsteina Lindemann był przedstawiany jako wielki miłośnik zwierząt. Przynajmniej takie wrażenie odnosiłam, czytając komentarze i oglądając publikowane tam materiały.

Co jakiś czas w mediach społecznościowych pojawiały się jego zdjęcia ze zwierzętami. Ludzie komentowali, jaki jest czuły, jak bardzo lubi zwierzęta i jak zupełnie inaczej wygląda poza sceną.

Sama miałam przez to obraz człowieka, który naprawdę darzy je sympatią.

Nie przyszło mi do głowy, że za tym wizerunkiem kryje się również zamiłowanie do polowań.

Oczywiście dzisiaj wiem, że zdjęcie ze zwierzęciem nie jest żadnym dowodem na to, jakie ktoś ma podejście do ich ochrony. Można lubić psy, koty czy konie, a jednocześnie nie widzieć problemu w polowaniu na dzikie zwierzęta.

Tylko że ja wcześniej nie miałam świadomości tego drugiego oblicza Lindemanna.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie to, na co później trafiłam.

Wywiad, na który natknęłam się zupełnie przypadkiem

Najbardziej absurdalne w tej historii jest to, że wcale nie szukałam żadnych kontrowersji związanych z Lindemannem.

Byłam wtedy w Niemczech i przeglądałam internet, szukając jakiejś wiadomości dotyczącej Rammsteina. Zwykła rzecz, którą robiłam już setki razy. Chciałam poczytać coś o zespole, może trafić na informację, która wcześniej mi umknęła.

I zupełnie przypadkiem natknęłam się na wywiad, w którym Till opowiadał o polowaniach.

Zaczęłam czytać.

I, kurwa, nie mogłam uwierzyć w to, co widzę.

Przez tyle lat kupowałam jego płyty, chodziłam na koncerty, czytałam jego wiersze i interesowałam się niemal wszystkim, co tworzył. A jednocześnie nie miałam pojęcia, że człowiek, którego tak długo wspierałam, ma takie podejście do zabijania zwierząt.

To mnie naprawdę rozwaliło.

Nie dlatego, że oczekiwałam od niego nieskazitelnego charakteru. Nigdy nie robiłam z muzyków świętych i nie zamierzam zaczynać.

Ale uświadomienie sobie, że przez lata wydawałam własne pieniądze na solową twórczość kogoś, czyje poglądy w tej kwestii są dla mnie tak odpychające, było cholernie nieprzyjemne.

Zaczęłam myśleć o tych wszystkich zakupionych albumach, koncertach i o tym, jak długo interesowałam się jego twórczością, nie wiedząc o czymś, co dla mnie ma ogromne znaczenie.

Nie po jakimś wielkim skandalu. Nie dlatego, że ktoś próbował mnie do niego zniechęcić.

Po prostu szukałam wiadomości o Rammsteinie i znalazłam coś, po czym przestałam patrzeć na Lindemanna tak samo.

Gdybym wcześniej wiedziała o jego podejściu do polowań, nie wspierałabym tak długo jego solowej działalności.

Lindemann, polowania i opowieści o instynktach

W 2013 roku Lindemann udzielił wywiadu magazynowi Stern. Opowiadał między innymi o swojej fascynacji pierwotnymi instynktami i polowaniach.

Powiedział:

„Ich glaube ans Fleischessen, ans Fischausnehmen, ans Jagen. An das Tier im Menschen”.

W tłumaczeniu:

„Wierzę w jedzenie mięsa, patroszenie ryb, polowanie. W zwierzę w człowieku”.

Określał siebie jako człowieka archaicznego. Wspominał nawet, że właściwie należałoby polować z łukiem albo gołymi rękami.

Dwa lata później, w wywiadzie dla Süddeutsche Zeitung, na pytanie o częstotliwość polowań odpowiedział, że jeśli ma możliwość, robi to dwa lub trzy razy w tygodniu.

I właśnie tutaj zaczyna się mój problem.

Co jest, kurwa, tak fascynującego w zabijaniu zwierząt?

Pytam zupełnie poważnie.

Rozumiem fascynację lasem. Rozumiem, że ktoś lubi spędzać czas w naturze, obserwować zwierzęta albo uciec od miejskiego hałasu. Sama zdecydowanie lepiej czuję się w otoczeniu przyrody niż w tłumie ludzi.

Ale nie rozumiem potrzeby strzelania do jej mieszkańców.

Nie imponuje mi człowiek z bronią. Nie zachwyca mnie zdjęcie martwego zwierzęcia ani opowieść o udanym polowaniu. A już szczególnie nie przekonuje mnie dorabianie do tego całej filozofii o pierwotnej naturze człowieka.

Nasi przodkowie polowali, bo często musieli. Z tego nie wynika, że współczesny człowiek powinien traktować zabijanie jako hobby.

Wiem, że myśliwi mają swoje argumenty. Regulacja populacji, szkody w uprawach, kwestie środowiskowe. Nie zamierzam udawać, że każda sytuacja związana z dzikimi zwierzętami jest prosta.

Jednak polowanie wynikające z rzeczywistej konieczności i polowanie uprawiane dla przyjemności nie są dla mnie tym samym.

Lindemann może wierzyć w pierwotne instynkty. Ma do tego pełne prawo. Ja natomiast uważam, że jedną z ważniejszych rzeczy, które odróżniają nas od naszych przodków, jest możliwość świadomego wyboru.

Nie wszystko, co naturalne, jest automatycznie dobre.

I nie wszystko, co robił człowiek tysiące lat temu, należy dzisiaj romantyzować.

Wydał porno. No i co?

W 2020 roku Lindemann opublikował pornograficzny materiał Till the End.

W internecie zrobiło się głośno, część fanów była oburzona, inni uznali to za kolejną prowokację.

Mnie to specjalnie nie ruszyło.

Wydał porno. I co z tego?

Nigdy nie oczekiwałam, że człowiek śpiewający w Rammsteinie będzie symbolem obyczajowej przyzwoitości. Przecież ten zespół od lat wykorzystuje seksualność, przemoc, groteskę i prowokacje.

Nie przeszkadza mi nagość ani seks przedstawiany w sztuce. Jeżeli dorośli ludzie dobrowolnie biorą udział w produkcji pornograficznej, nie widzę powodu do moralnej paniki.

Inną sprawą jest oczywiście zgoda uczestników i sposób ich traktowania. Tutaj nie ma miejsca na żadne usprawiedliwienia.

Ale samo porno?

Nie, to naprawdę nie był dla mnie powód, żeby przestać słuchać Lindemanna.

I właśnie dlatego tak absurdalnie może brzmieć dla niektórych moja decyzja dotycząca polowań.

Potrafiłam przejść obojętnie obok pornograficznych prowokacji, natomiast wypowiedzi o zabijaniu zwierząt wywołały we mnie autentyczny niesmak.

Nie widzę w tym sprzeczności.

Dorośli ludzie mogą świadomie decydować o własnej seksualności. Zwierzę, do którego ktoś strzela, nie ma możliwości wyrażenia zgody na uczestnictwo w tym cholernym przedstawieniu.

A co z oskarżeniami seksualnymi?

Nie da się pisać o kontrowersjach wokół Lindemanna, pomijając wydarzenia z 2023 roku.

W mediach pojawiły się wówczas relacje kobiet dotyczące spotkań przy okazji koncertów Rammsteina oraz zarzuty niewłaściwych zachowań seksualnych.

Sprawa była poważna, a reakcje w internecie momentami wręcz histeryczne. Jedni natychmiast uznali go za winnego, drudzy równie szybko zaczęli wyśmiewać kobiety.

Mnie nie przekonywało żadne z tych podejść.

Nie wierzyłam, że same medialne oskarżenia wystarczają do uznania człowieka za winnego. Jednocześnie nie uważam, że kobiety opowiadające o niepokojących doświadczeniach powinny być automatycznie traktowane jak kłamczynie.

Lindemann zaprzeczał zarzutom.

29 sierpnia 2023 roku berlińska prokuratura zakończyła postępowanie dotyczące podejrzeń przestępstw seksualnych i naruszeń przepisów o środkach odurzających. Nie zgromadzono wystarczających dowodów do wniesienia oskarżenia.

To nie jest drobiazg, który można sobie pominąć, bo nie pasuje do czyjejś narracji.

Nie oznacza to również, że każdy szczegół medialnych relacji został uznany za nieprawdziwy.

Ja nie byłam świadkiem tych wydarzeń i nie zamierzam udawać, że wiem, co działo się za zamkniętymi drzwiami.

Nie będę bawić się w prokuratora, sędziego i kata jednocześnie.

W sprawie polowań sytuacja wygląda inaczej. Tutaj nie muszę zastanawiać się, czy jakieś słowa rzeczywiście padły.

Lindemann sam opowiedział o swoim stosunku do łowiectwa.

Przeczytałam to i wyrobiłam sobie opinię.

Nie muszę bronić człowieka tylko dlatego, że uwielbiam jego muzykę

Zauważyłam, że niektórzy fani mają ogromny problem z krytykowaniem swoich idoli.

Jakby przyznanie, że ulubiony muzyk ma odpychające poglądy, automatycznie oznaczało zdradę zespołu.

Dla mnie to kompletna bzdura.

Mogę doceniać głos Lindemanna, jego teksty i sceniczną charyzmę, a jednocześnie uważać jego podejście do polowań za zwyczajnie paskudne.

Nie potrzebuję dorabiać do tego żadnych usprawiedliwień.

Czasami mam wręcz wrażenie, że im bardziej kontrowersyjny artysta, tym więcej ludzie są gotowi mu wybaczyć, bo wszystko można nazwać prowokacją albo przejawem mroku.

Tylko że polowanie nie jest teledyskiem.

Zabite zwierzę nie jest rekwizytem.

Nie wstanie po zakończeniu zdjęć i nie wróci do lasu.

I naprawdę nie obchodzi mnie, czy o pradawnych instynktach opowiada anonimowy myśliwy, czy wokalista zespołu, którego słucham całe życie.

Oceniam to dokładnie tak samo.

Rammstein zostaje. Solowy Lindemann nie

Nie wyrzucę swojej kolekcji. Nie zniszczę płyt, nie pozbędę się kaset i nie będę udawać, że koncerty, na których byłam, nie miały dla mnie znaczenia.

Rammstein to sześciu muzyków, a nie wyłącznie Till Lindemann.

Nie widzę powodu, żeby przekreślać dorobek całego zespołu ze względu na wypowiedzi jego wokalisty.

Ta muzyka jest ze mną od dzieciństwa i nadal będzie.

Ale solową działalność Lindemanna traktuję osobno.

Przestałam kupować jego kolejne wydawnictwa i nie mam ochoty wspierać nowych projektów.

Nie oznacza to, że nagle przestał być utalentowany. Nadal uważam, że ma charakterystyczny głos i potrafi pisać interesujące teksty.

Tylko co z tego?

Talent nie jest dla mnie powodem, żeby bezwarunkowo szanować człowieka.

Nie oczekuję również, że inni fani zrobią to samo. Każdy ma swoje granice i sam decyduje, co jest gotów zaakceptować.

Moja została przekroczona.

Najbardziej wkurza mnie to, że naprawdę go ceniłam

Gdybym podobny wywiad przeczytała z przypadkowym muzykiem, pewnie wzruszyłabym ramionami.

Ale tutaj chodzi o kogoś, kogo muzyka towarzyszyła mi przez niemal trzydzieści lat.

O płyty, koncerty, kasety, przeczytane wiersze. O mnóstwo wspomnień, których nie zamierzam się wypierać.

I chyba właśnie to jest w całej sprawie najbardziej irytujące.

Nie chodzi o to, że Lindemann nie spełnił moich wyobrażeń o idealnym człowieku. Nigdy nie oczekiwałam od niego świętości. Interesowała mnie jego twórczość, nie potrzeba budowania sobie nieskazitelnego idola.

Ale nie potrafię oddzielić wszystkiego grubą kreską i powiedzieć, że skoro dobrze śpiewa, to jego stosunek do zwierząt przestaje mieć znaczenie.

Dla mnie ma.

Nie wiem, czy Lindemann nadal poluje z częstotliwością, o której mówił w 2015 roku. Nie wiem też, czy zmienił od tamtej pory poglądy.

Mogę oceniać tylko to, co rzeczywiście powiedział.

I te słowa wystarczyły, żeby mój stosunek do niego się zmienił.

Nie skreśliłam go za pornografię. Nie przyjęłam medialnych oskarżeń seksualnych za udowodnioną winę. Nie oburzały mnie jego teksty ani teledyski.

Za to nie potrafię przejść obojętnie obok romantyzowania polowań.

Ktoś może uznać to za przesadę. Ktoś inny pewnie stwierdzi, że skoro jestem fanką od tylu lat, powinnam być bardziej wyrozumiała.

A ja uważam, że to właśnie dlatego nie zamierzam udawać, że wszystko jest w porządku.

Rammstein zostaje na mojej półce. Solowy Lindemann na niej się kończy.

I wiecie co?

Wcale nie jest mi z tym źle.

Źródła do umieszczenia pod artykułem

Stern — wywiad z Lindemannem „Ich bin ein archaischer Typ” (2013)Attachment.png

Süddeutsche Zeitung — wywiad z Tillem Lindemannem (2015)Attachment.png

Tagesschau — zakończenie postępowania wobec Lindemanna (2023)Attachment.png

Skomentuj