Huldra. Piękna kobieta z norweskiego lasu, która nigdy nie była człowiekiem.

Norweskie lasy mają w sobie coś, czego trudno szukać w miejscach całkowicie podporządkowanych człowiekowi. Wystarczy zejść z uczęszczanej ścieżki, żeby otoczenie zaczęło wyglądać inaczej. Wilgotny mech, powalone drzewa, skalne zbocza i cisza, którą od czasu do czasu przerywa jedynie szum wody.

Wyobraź sobie, że w takim miejscu spotykasz kobietę.

Stoi pomiędzy drzewami, ma długie włosy i przygląda ci się z zainteresowaniem. Wygląda pięknie. Być może nawet zbyt pięknie, żeby jej obecność w środku lasu wydawała się przypadkowa.

Zaczyna śpiewać, a ty zamiast zastanowić się, skąd właściwie się tutaj wzięła, podchodzisz bliżej.

W dawnych norweskich podaniach mogło to oznaczać początek bardzo nieprzyjemnej przygody.

Bo kobieta, którą właśnie spotkałeś, wcale nie musiała być człowiekiem.

Mogła być huldrą.

I jeśli wierzyć opowieściom przekazywanym przez pokolenia mieszkańców Norwegii, rozsądniej było zachować wobec niej pewien dystans.

Piękna twarz, krowi ogon i plecy jak pusty pień drzewa

Huldra należy do najbardziej charakterystycznych istot norweskiego folkloru. Przedstawiano ją jako wyjątkowo piękną kobietę, często z długimi jasnymi włosami, której wygląd potrafił oczarować nawet najbardziej ostrożnego mężczyznę.

Problem zaczynał się wtedy, kiedy nieznajoma odwracała się plecami.

W klasycznych opisach miała krowi ogon, a niekiedy również wydrążone plecy przypominające pusty pień drzewa.

Muszę przyznać, że ten szczegół jest jednym z moich ulubionych.

Współczesna fantastyka przyzwyczaiła nas do demonów z imponującymi rogami, skrzydłami i ogonami zakończonymi kolcem. Tymczasem dawni Norwegowie uznali najwyraźniej, że pięknej, nadprzyrodzonej uwodzicielce wystarczy ogon krowy.

Mało efektowny, ale za to wyjątkowo trudny do ukrycia pod suknią.

W dodatku nie chodziło wyłącznie o osobliwy wygląd. Ogon zdradzał prawdziwą naturę kobiety. Huldra mogła przypominać człowieka, rozmawiać z nim, a nawet próbować stworzyć z nim związek, lecz należała do zupełnie innego świata.

Nie zawsze też miała pokojowe zamiary.

W norweskich podaniach pojawiają się mężczyźni oczarowani jej urodą i śpiewem, zwabiani z dala od osad, niekiedy aż do górskiego lub podziemnego świata. Takie zaczarowanie i uprowadzenie określano mianem bergtaking.

Dawny las nie był romantycznym miejscem na weekendowy spacer. Można było w nim zabłądzić, zginąć podczas wspinaczki albo zniknąć na wiele dni bez możliwości wezwania pomocy.

Opowieści o huldrze mogły więc pomagać ludziom oswajać strach przed miejscami, nad którymi nie mieli kontroli.

Ale sprowadzanie jej wyłącznie do ostrzeżenia przed samotnymi wędrówkami byłoby równie niesprawiedliwe jak nazywanie jej zwyczajnym leśnym demonem.

Huldra miała znacznie ciekawsze życie.

W lesie nie mieszkała sama

W norweskich wierzeniach pojawiał się cały ukryty lud, określany jako huldrefolk albo zaliczany do istot zwanych underjordiske — podziemnymi.

Mieli swoje rodziny, gospodarstwa, zwierzęta i zajęcia. Żyli w górach, pod ziemią oraz w miejscach, do których człowiek nie zawsze miał dostęp. Byli niewidzialnymi sąsiadami mieszkańców wsi, choć spotkanie z nimi rzadko zapowiadało spokojny dzień.

Według podań ich gospodarstwa potrafiły być wyjątkowo bogate, a bydło piękniejsze i dorodniejsze od zwierząt należących do ludzi.

Tak, huldry również zajmowały się krowami.

Właściwie trudno znaleźć bardziej norweski szczegół. Nawet nadprzyrodzona kobieta, która potrafi uwodzić mężczyzn i znikać w górach, miała na głowie gospodarskie obowiązki.

Wierzenia te były szczególnie mocno związane z dawną kulturą pasterską. Latem zwierzęta prowadzono na odległe górskie pastwiska, gdzie funkcjonowały sezonowe gospodarstwa nazywane seter.

Wyobrażam sobie, jak wyglądało życie w takim miejscu przed dwustu laty. Kilka drewnianych zabudowań, krowy, otaczające wszystko góry i las, a najbliższa większa osada oddalona o wiele kilometrów.

Nic dziwnego, że właśnie tam rodziły się opowieści o niewidzialnych mieszkańcach natury.

Według tradycji ukryty lud potrafił pomagać ludziom, którzy odnosili się do niego z szacunkiem. Mógł jednak również wyrządzać szkody, jeśli został obrażony lub ktoś zakłócił jego spokój.

Nie była to więc opowieść o dwóch światach, które bezustannie ze sobą walczyły. Raczej o niełatwym sąsiedztwie.

Ludzie mieli swoje gospodarstwa i pastwiska. Istoty podziemne również.

A kłopoty zaczynały się wtedy, kiedy ktoś zapominał, że nie jest jedynym gospodarzem okolicy.

Mężczyzna, który poślubił huldrę. I bardzo tego pożałował

Spośród norweskich podań szczególnie zainteresowała mnie opowieść zachowana w zbiorach Norsk Folkeminnesamling, archiwum folklorystycznego Uniwersytetu w Oslo.

Historia pochodzi z Sør-Odal w regionie Hedmark i nosi tytuł Kone av huldreætt, czyli „Żona z rodu huldr”.

Pewien mężczyzna zobaczył huldrę tak piękną, że zupełnie stracił dla niej głowę. Zbliżył się do nieznajomej i zaczął z nią rozmawiać. W końcu zapragnął, żeby została jego żoną.

Kobieta zgodziła się spotkać z nim ponownie w następny czwartek. Poleciła mu wtedy rzucić nad nią stal.

Mężczyzna wykonał jej polecenie i zabrał ją do domu.

Zostali małżeństwem.

Brzmi niemal romantycznie, prawda?

Niestety, z czasem mąż zaczął pić i źle traktować żonę.

Pewnego dnia pracował w kuźni, kiedy kobieta przyszła zobaczyć, czym się zajmuje. Mężczyzna wykuwał podkowy i trzymał rozgrzane żelazo w szczypcach.

Żona zapytała, co robi.

Odpowiedział jej nieuprzejmie, żeby nie wtykała nosa w jego sprawy i wracała do domu.

I wtedy wydarzyło się coś, czego zapewne nie przewidział.

Kobieta chwyciła rozpalone do czerwoności żelazo gołymi rękami, wygięła je niczym miękki kawałek drutu, po czym odrzuciła.

Odwróciła się i odeszła.

Dopiero wtedy mężczyzna zobaczył wystający spod jej spódnicy ogon.

Przyznam, że trudno mi nie odczuwać pewnej satysfakcji podczas czytania tej historii.

Facet znajduje piękną kobietę, zabiera ją do domu, a później zaczyna pić i traktować ją jak śmiecia. Tyle że jego żona okazuje się istotą zdolną zginać rozpalone żelazo gołymi rękami.

Nie wiem, co było gorsze: odkrycie, że poślubił huldrę, czy uświadomienie sobie, że przez cały czas zachowywał się podle wobec kogoś znacznie silniejszego od siebie.

To oczywiście legenda, ale jej treść jest wyjątkowo interesująca.

Huldra nie została przedstawiona jako bezbronna istota potrzebująca ratunku. Nie błagała, żeby mąż przestał ją źle traktować. Po prostu pokazała mu, z kim naprawdę ma do czynienia.

W innych wariantach podobnych opowieści istotną rolę odgrywało żelazo, uważane w europejskich wierzeniach ludowych za materiał mający szczególne znaczenie w kontaktach z istotami nadprzyrodzonymi.

Tutaj stało się również przedmiotem widowiskowej demonstracji siły.

I zdecydowanie wolę taką huldrę niż kolejną baśniową księżniczkę, której największą ambicją jest znalezienie odpowiedniego mężczyzny.

Kiedy chrześcijaństwo spotyka leśną kobietę

W części opowieści huldra mogła zostać żoną człowieka, a nawet utracić swoje nadprzyrodzone cechy po zawarciu małżeństwa w chrześcijańskim obrządku.

Czasami znikał jej ogon, niekiedy zmianie ulegał również wygląd.

Ten motyw interesuje mnie szczególnie ze względu na stosunek chrześcijaństwa do dawnych wierzeń.

W ludowych historiach istoty związane z naturą bardzo często zostawały skonfrontowane z religijnymi symbolami, obrzędami i przedmiotami należącymi do chrześcijańskiego świata.

W opowieściach o huldrze można dostrzec napięcie pomiędzy tym, co dzikie i nieznane, a tym, co społecznie akceptowane.

Nie zamierzam jednak twierdzić, że każda taka legenda została świadomie wymyślona przez Kościół w celu zwalczania dawnych wierzeń. Folklor rozwijał się przez stulecia, zmieniał wraz z kolejnymi pokoleniami i mieszał motywy o bardzo różnym pochodzeniu.

Mimo to sama symbolika jest dla mnie wymowna.

Dzika kobieta z lasu, która poprzez małżeństwo i religijny obrzęd przestaje być tym, czym była wcześniej.

Jakby musiała utracić własną naturę, żeby zostać zaakceptowana przez ludzki świat.

Wolę wersję, w której zachowuje ogon, siłę i swoje miejsce wśród norweskich lasów.

Nie każdą istotę trzeba przecież cywilizować, nawracać i dopasowywać do oczekiwań społeczeństwa.

Huldra nie była boginią wikingów

W internetowych artykułach o nordyckiej mitologii bardzo często spotykam się z jednym problemem. Wszystko, co ma związek ze Skandynawią, zostaje automatycznie przypisane epoce wikingów.

Huldra? Wikingowie.

Trolle? Wikingowie.

Każda leśna istota, każdy stary obrzęd i każda dziwna legenda? Oczywiście starożytna religia nordycka.

Tylko że historia nie jest aż tak prosta.

Huldra należy przede wszystkim do norweskiego folkloru, którego szczegółowe przekazy zaczęto systematycznie dokumentować znacznie później niż w epoce wikingów.

Możliwe, że część tych wierzeń ma starsze korzenie, ale nie dysponujemy dowodami pozwalającymi dokładnie odtworzyć wszystkie ich średniowieczne formy.

Nie znajdziemy też w źródłach mitologii staronordyckiej rozbudowanego kultu huldry porównywalnego z kultem Odyna, Thora czy Freyji.

I dobrze byłoby tego nie wymyślać.

Dawny norweski folklor jest wystarczająco interesujący bez dorabiania mu nieistniejących rytuałów i historii.

W XIX wieku jego dokumentowaniem zajmowali się między innymi Peter Christen Asbjørnsen i Jørgen Moe. Sam Asbjørnsen opublikował w latach 1845–1848 zbiór Norske Huldre-Eventyr og Folkesagn.

To właśnie takim badaczom i pisarzom zawdzięczamy zachowanie wielu podań, które wcześniej funkcjonowały głównie w tradycji ustnej.

Trzeba pamiętać, że były one również opracowywane literacko. Nie każda zapisana historia jest dosłownym stenogramem opowieści mieszkańca norweskiej wsi.

Mimo to stanowią bezcenny materiał do poznawania dawnej kultury.

Wiele z tych historii mogłoby zwyczajnie zaginąć wraz z ludźmi, którzy je opowiadali.

Theodor Kittelsen i mrok, który nie potrzebuje krwi

Nie sposób pisać o huldrze bez wspomnienia Theodora Kittelsena.

Norweski malarz i ilustrator należał do artystów, którzy nadali dawnym istotom folklorystycznym rozpoznawalną formę wizualną. Jego prace przedstawiające trolle, duchy i niezwykłe postacie związane z naturą do dziś należą do najbardziej charakterystycznych obrazów norweskiej wyobraźni ludowej.

W latach 1891–1892 stworzył również rysunek zatytułowany Huldra.

I właśnie taki sposób przedstawiania grozy lubię najbardziej.

Nie potrzebuję krwi spływającej po drzewach, rozczłonkowanych ciał ani demonów o czerwonych oczach.

Wystarczy ciemny las i kobieta, która na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie zwyczajna.

Dopiero po chwili zaczynamy dostrzegać coś niepokojącego.

Kittelsen potrafił oddać atmosferę świata, w którym natura wydaje się posiadać własną świadomość. Skały przypominają twarze, drzewa przybierają dziwne kształty, a granica między rzeczywistością a fantazją niemal znika.

W jego pracach czuć również humor. Norweskie potwory nie zawsze muszą być śmiertelnie poważne.

I może właśnie dlatego pozostają tak charakterystyczne.

Nie są kopiami chrześcijańskich demonów ani współczesnych filmowych bestii.

Wyrosły z zupełnie innego sposobu opowiadania o świecie.

Las, który nie należy do człowieka

Najbardziej podoba mi się w huldrze to, że nigdy nie była całkowicie dobra ani całkowicie zła.

Potrafiła pomagać ludziom, którzy odnosili się do niej z szacunkiem. Mogła również ich zwodzić, karać i sprowadzać na nich nieszczęście.

Nie miała obowiązku zachowywać się zgodnie z ludzkimi oczekiwaniami.

I nie widzę powodu, żeby próbować ją usprawiedliwiać.

Natura również nie jest sprawiedliwa w ludzkim rozumieniu tego słowa. Norweski las może być przepiękny, ale nie przejmuje się tym, czy człowiek bezpiecznie wróci do domu.

Górski potok nie zatrzyma się dlatego, że ktoś nie potrafi pływać. Skała nie stanie się mniej stroma, ponieważ turysta źle ocenił swoje możliwości.

Huldra w pewien sposób przypomina mi właśnie ten aspekt przyrody.

Piękno, które nie jest zaproszeniem.

Tajemnicę, której człowiek nie musi rozwiązywać.

Siłę, która nie ma obowiązku podporządkować się jego potrzebom.

Kiedy myślę o norweskich górach, dolinach i niewielkich miejscowościach otoczonych lasami, rozumiem, dlaczego takie opowieści przetrwały przez pokolenia.

Nie trzeba wierzyć w nadprzyrodzone istoty, żeby poczuć atmosferę miejsca, w którym mogłyby istnieć.

Wystarczy wyobrazić sobie samotny spacer pośród wysokich drzew, kiedy zapada zmrok, a każda kolejna ścieżka zaczyna wyglądać podobnie.

Gdybym spotkała tam kobietę z krowim ogonem, zapewne miałabym kilka pytań.

Chociaż po przeczytaniu norweskich legend wiem już jedno.

Na pewno nie próbowałabym przekonywać jej, że powinna zostać przykładną żoną, zamieszkać wśród ludzi i porzucić swoją naturę.

Zwłaszcza jeśli potrafiłaby zginać rozpalone żelazo gołymi rękami.

Huldra nie potrzebowała ludzkiej zgody, żeby istnieć. Las był jej domem na długo przed tym, zanim człowiek postanowił uczynić z niego własne królestwo.

Skomentuj