Kiedy czytam doniesienia o brutalnych atakach w szkołach, zastanawiam się, co właściwie dzieje się z ludźmi. Młodzi sprawcy, przerażeni uczniowie, ranni, rodziny, którym w jednej chwili rozpada się życie.

A potem zaglądam do komentarzy i trafiam na dorosłych, którzy mają już gotowe rozwiązanie.

Dzieci trzeba bić.

Bo kiedyś był pas i był porządek. Bo dzisiejsza młodzież jest bezstresowo wychowana. Bo jak ojciec przyłożył, to człowiek przynajmniej wiedział, gdzie jego miejsce.

Ja pierdolę.

Mamy problem z przemocą, więc proponujecie jeszcze więcej przemocy? Naprawdę nie widzicie, jak idiotycznie to brzmi?

Pasem przez plecy, czyli tradycyjne polskie wychowanie

Jest coś obrzydliwego w dorosłych ludziach, którzy z rozrzewnieniem wspominają bicie dzieci. Pas, kabel, policzek od matki, lanie od ojca. Opowiadają o tym tak, jakby wspominali rodzinne wakacje.

A potem pada mój ulubiony argument: „Mnie bili i wyrosłem na porządnego człowieka”.

No chyba nie do końca, skoro jako dorosły nadal uważasz, że sprawianie bólu słabszej osobie jest dobrym sposobem rozwiązywania problemów.

Czego właściwie chcecie nauczyć dziecko takim zachowaniem? Że silniejszy ma zawsze rację? Że kiedy ktoś nas zdenerwuje, możemy go uderzyć? Że strach jest tym samym co szacunek?

Nie interesuje mnie również tłumaczenie, że rodzicowi puściły nerwy. Każdy może mieć fatalny dzień, być zmęczony czy sfrustrowany, ale dorosły człowiek ma obowiązek panować nad sobą.

Jeżeli uderzył dziecko, powinien je przeprosić. Bez żadnego „ale samo mnie sprowokowało”. Powinien przyznać się do błędu, zadbać o jego bezpieczeństwo i zrobić wszystko, żeby sytuacja nigdy się nie powtórzyła.

Jeśli nie radzi sobie z agresją, niech poszuka pomocy.

Przeprosiny nie wymazują przemocy. Są dopiero początkiem odpowiedzialności.

Bo jeżeli oczekujecie od pięciolatka kontrolowania emocji, a sami rozwiązujecie problemy pięścią, to kto tutaj właściwie potrzebuje wychowania?

Bohaterowie, którzy są mocni tylko wobec dzieci

Powiem wprost. Uważam dorosłych, którzy biją dzieci, za tchórzy.

Przy kilkulatku nagle robią się silni, odważni i stanowczy. Potrafią wrzeszczeć, zastraszać i udowadniać, kto rządzi. Przecież przeciwnik ma metr dwadzieścia wzrostu, waży dwadzieścia kilka kilogramów i nie ma większych szans się obronić.

Wielcy, kurwa, wojownicy.

Jestem przekonana, że wielu z tych zwolenników twardej ręki bałoby się wejść na trening boksu, kick-boxingu czy MMA. Tam przecież stoi dorosły człowiek, który również potrafi uderzyć. Jeszcze mogliby dostać wpierdol od kogoś równego sobie.

Ale dziecku przyłożyć?

Żaden problem.

Nie imponują mi wasze pasy ani opowieści o ustawianiu dzieci do pionu. Jeżeli potrzebujecie udowadniać swoją dominację, znajdźcie sobie zajęcie, w którym druga strona dobrowolnie godzi się na rywalizację.

Bicie dziecka nie jest dowodem odwagi. Jest wykorzystywaniem przewagi nad kimś, kto często nie może nawet uciec z własnego domu.

I naprawdę nie ma się czym chwalić.

Przemoc nie kończy się wtedy, kiedy przestaje boleć

Niektórym wydaje się, że dziecko dostanie klapsa, popłacze i po pięciu minutach zapomni.

Gówno prawda.

Światowa Organizacja Zdrowia wskazuje, że stosowanie kar cielesnych wiąże się między innymi ze zwiększoną agresją, problemami psychicznymi i trudnościami w regulowaniu emocji. Badania pokazują również, że doświadczanie przemocy w dzieciństwie może zwiększać ryzyko późniejszych zachowań przemocowych.

Nie oznacza to, że każdy człowiek wychowany w przemocowym domu zostanie przestępcą.

Wielu ludzi, którzy doświadczyli przemocy, świadomie odrzuca takie zachowania i robi wszystko, żeby nie powtórzyć błędów własnych rodziców.

Ale przemoc pozostaje czynnikiem ryzyka.

Tego nie zmienią sentymentalne historie o skuteczności pasa.

Po brutalnych atakach natychmiast zaczyna się szukanie winnych. Gry komputerowe, telefony, internet, bezstresowe wychowanie.

Wszystko, byle nie zastanowić się nad tym, jakie wzorce agresji dzieci obserwują we własnym otoczeniu.

Nie znamy wszystkich motywów sprawców ostatnich ataków. Nie mamy też podstaw, żeby każdemu z nich przypisywać przemocowe dzieciństwo. Nie zamierzam wymyślać nikomu życiorysu dla potwierdzenia własnych poglądów.

Ale problem wychowywania w strachu istnieje niezależnie od tych konkretnych tragedii.

I trudno mi zrozumieć ludzi, którzy w odpowiedzi na brutalność młodzieży proponują kolejne lanie.

Dziecko ma prawo się bronić. Nawet przed rodzicem

Uważam, że nauka samoobrony powinna być obowiązkowa w szkołach.

Każde dziecko powinno wiedzieć, jak rozpoznać zagrożenie, uwolnić się z niebezpiecznej sytuacji, wezwać pomoc i chronić własne ciało.

Również wtedy, kiedy zagrożenie przychodzi ze strony matki czy ojca.

Powiem coś, co zapewne oburzy wszystkich miłośników pasa: jeżeli dorosły rusza na dziecko z łapami, dziecko ma prawo się bronić. Także fizycznie, jeżeli jest to konieczne do powstrzymania ataku i ucieczki.

Nie musi stać nieruchomo i przyjmować ciosów, bo sprawcą przemocy jest rodzic.

Nie, kurwa.

Rodzicielstwo nie daje prawa do bicia. Starszy wiek również nie. Ani wzrost, ani waga, ani fakt, że ktoś płaci rachunki.

Oczywiście konfrontacja z silniejszym dorosłym może być niebezpieczna. Dlatego najważniejsze jest wydostanie się z zagrożenia i uzyskanie pomocy, a nie wdawanie się w bójkę.

Ale chciałabym, żeby dzieci wiedziały jedno: nie są niczyją własnością i nie muszą chronić reputacji dorosłego, który je krzywdzi.

Szacunek za szacunek. Nie za metrykę

Jest pewne zdanie, którego szczerze nie znoszę.

„Szanuj starszych”.

Dlaczego? Bo ktoś urodził się trzydzieści lat przede mną?

Sam wiek nie czyni nikogo ani mądrym, ani przyzwoitym człowiekiem. Można mieć sześćdziesiąt lat i zachowywać się jak ostatni cham. Można mieć dziesięć i wykazywać więcej empatii niż niejeden dorosły.

Dla mnie zasada jest prosta.

Rodzic szanuje dziecko, a dziecko ma podstawy, żeby szanować rodzica. Rodzic poniża, zastrasza i bije? Niech nie oczekuje wdzięczności, podziwu ani bezwarunkowego posłuszeństwa.

I niech nikt nie wyskakuje mi z argumentem, że to przecież matka albo ojciec.

No i co z tego?

Więzy krwi nie usprawiedliwiają przemocy.

Każdemu człowiekowi należy się podstawowa godność i nietykalność, niezależnie od wieku. Natomiast na zaufanie i osobisty autorytet trzeba sobie zapracować.

Dotyczy to również rodziców.

Jeżeli wyzywasz dziecko od gówniarzy, traktujesz je jak swoją własność, a później żądasz szacunku, zacznij od własnego zachowania.

Szacunek za szacunek. Nie za wiek, gabaryty czy nazwisko.

Starsze panie, samozwańczy strażnicy moralności i chamstwo na ulicy

Osobną kategorią są dla mnie starsze kobiety, które uwielbiają zaczepiać młodzież na ulicy.

Komentować ubrania, fryzury, kolczyki czy tatuaże. Dziewczyna ma za krótką spódnicę, chłopak za długie włosy, ktoś wygląda zbyt dziwnie.

I taka pani oczywiście musi podzielić się swoją opinią, chociaż nikt jej o nią nie prosił.

Bo przecież jest starsza.

No i co, kurwa, z tego?

Wiek emerytalny nie daje licencji na obrażanie obcych ludzi.

Zresztą nie trzeba nawet być emerytem. Ludzie po czterdziestce również potrafią bezczelnie komentować wygląd i zachowanie młodszych osób, a później obrażać się, kiedy ktoś odpowie im równie nieprzyjemnie.

„Jak ty się odzywasz do starszej osoby?!”

A starsza osoba jakim prawem odezwała się w ten sposób do niego?

To właśnie ta podwójna moralność doprowadza mnie do szału.

Dorosły może być bezczelny, bo ma swoje lata i doświadczenie. Młody odpowie i natychmiast okazuje się niewychowany.

Nie twierdzę, że wszyscy starsi ludzie tak się zachowują. Wielu ma więcej kultury niż niejeden dwudziestolatek.

Ale tych, którzy używają wieku jako usprawiedliwienia dla chamstwa, nie zamierzam traktować z dodatkową pobłażliwością.

Internetowi wychowawcy, którzy sami nie potrafią się zachować

Wystarczy zajrzeć na Facebooka i przeczytać komentarze pod wiadomościami.

Dorośli ludzie. Czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat. Zdjęcie rodzinne na profilu, cytat o dobroci, czasami jeszcze coś o Bogu.

A pod postem?

Wyzwiska, poniżanie, agresja, życzenie innym nieszczęścia i obrażanie wyglądu. Zarówno innych dorosłych, jak i nastolatków.

Ci sami ludzie potrafią później wygłaszać kazania o tym, że młodzież nie ma kultury.

Ja pierdolę.

A wiadomości prywatne? Czasami są jeszcze gorsze. Dorosły człowiek potrafi napisać do zupełnie obcej osoby tylko po to, żeby ją zwyzywać, upokorzyć, skomentować jej ciało albo wysłać coś zwyczajnie odrażającego.

I taki ktoś uważa się za dojrzałego.

Dzieci widzą rodziców wyzywających kierowców. Widzą krewnych poniżających obcych ludzi przy rodzinnym stole. Widzą agresję dorosłych w internecie, a później słyszą od tych samych osób, że powinny być spokojne, grzeczne i kulturalne.

Nie twierdzę, że młodzież jest idealna. Potrafi być okrutna, agresywna i bezczelna.

Ale od dorosłych oczekuję większej odpowiedzialności.

Tymczasem niektórzy zachowują się tak, jakby ukończenie osiemnastu lat zwalniało ich z obowiązku dalszego wychowywania samych siebie.

Szkoła, kościół i zbór. Kiedy dorosły nazywa siebie autorytetem

Nie możemy zapominać o nauczycielach.

O dorosłych, którzy z racji wykonywanego zawodu powinni chronić dzieci, a niekiedy sami stają się źródłem ich strachu.

Bo przemoc nie zawsze przychodzi z domu.

Czasami stoi przy tablicy, trzyma dziennik i wystawia oceny.

Nauczyciel, który publicznie upokarza ucznia, wyzywa go, wyśmiewa przy całej klasie, komentuje jego wygląd, inteligencję albo problemy rodzinne.

Albo taki, który słysząc, że dziecko zostało uderzone przez rodziców, stwierdza, że najwyraźniej za mało dostało.

No kurwa, gratuluję pedagogicznego podejścia.

Jest jeszcze ignorowanie przemocy rówieśniczej. Dziecko zgłasza, że jest bite, zastraszane albo poniżane, a dorosły bagatelizuje problem. Każe ignorować sprawców albo sprowadza wszystko do zwykłego konfliktu między uczniami.

A później, kiedy dochodzi do tragedii, wszyscy są zaskoczeni.

Są nauczyciele, którzy naprawdę pomagają dzieciom, reagują na przemoc i potrafią być dla uczniów ogromnym wsparciem.

Ale pedagog, który poniża dziecko albo usprawiedliwia jego bicie, nie powinien zasłaniać się autorytetem zawodowym.

Podobnie jest w środowiskach religijnych.

Ksiądz może opowiadać o miłości bliźniego, a jednocześnie zawstydzać dziecko, straszyć je karą boską albo przedstawiać fizyczne karcenie jako element wychowania.

W środowisku Świadków Jehowy istotną rolę odgrywa posłuszeństwo wobec rodziców i religijnych autorytetów.

Jeśli dziecku wpaja się, że sprzeciw wobec dorosłego oznacza również nieposłuszeństwo wobec Boga, może to utrudnić mu przeciwstawienie się krzywdzie.

Nie interesuje mnie, czy dorosły nosi sutannę, garnitur, identyfikator nauczyciela czy trzyma Biblię.

Jeżeli mówi dziecku, że zasłużyło na bicie, usprawiedliwia przemoc.

A jeżeli ignoruje zgłoszenie przemocy, bo sprawcą jest szanowany członek społeczności, zawodzi dziecko, które przyszło po pomoc.

Rózga w imię Boga. Religijne usprawiedliwianie bicia dzieci

Świadkowie Jehowy mają w swojej oficjalnej bibliotece materiały, w których dopuszczano stosowanie kar cielesnych.

I nie chodzi wyłącznie o symboliczne rozumienie biblijnej rózgi.

W książce Droga do szczęścia w życiu rodzinnym przedstawiono argumentację dopuszczającą fizyczne karcenie dzieci. Jeden z fragmentów sugeruje nawet, że klaps może uratować dziecku życie.

Takie słowa naprawdę tam opublikowano.

I mnie nie interesuje, że autorzy jednocześnie zalecali rozwagę oraz unikanie karania w gniewie.

Czyli dorosły nie powinien uderzyć dziecka, kiedy jest wściekły, ale może najpierw się uspokoić i później świadomie wymierzyć mu karę fizyczną?

To ma być lepsze?

Mnie nie interesuje, czy ktoś bije dziecko w złości, czy wcześniej siada, pije herbatę i spokojnie dochodzi do wniosku, że należy mu się lanie.

W obu przypadkach wykorzystuje przewagę fizyczną.

Podobne kontrowersje pojawiały się również w Kościele katolickim.

W 2015 roku papież Franciszek przytoczył wypowiedź ojca, który przyznał, że czasami lekko uderza dzieci, ale nie robi tego w twarz, żeby ich nie poniżać. Papież pozytywnie skomentował jego podejście do godności dziecka.

Naprawdę trudno mi zrozumieć taki zachwyt.

Czyli można uderzyć, byle nie w twarz?

No kurwa, wspaniała troska o godność.

Nie oznacza to, że każdy ksiądz popiera bicie ani że każda rodzina Świadków Jehowy stosuje przemoc. Nie twierdzę też, że stare publikacje stanowią automatycznie aktualne instrukcje tych organizacji.

Ale tych wypowiedzi nie można wymazać.

Można je przeczytać, porównać i ocenić.

Żadna Biblia, żaden duchowny i żadna organizacja religijna nie powinny służyć za usprawiedliwienie dla zadawania bólu dziecku.

Sataniści przeciwko biciu dzieci. I kto tutaj jest moralnym potworem?

A teraz coś, co może niektórych szczególnie zaboleć.

Sataniści.

Tak, ci sami, których religijni moraliści lubią przedstawiać jako ludzi pozbawionych zasad i moralności.

W satanizmie LaVeya jedną z jedenastu zasad jest zakaz krzywdzenia małych dzieci.

Z kolei The Satanic Temple otwarcie sprzeciwia się karom cielesnym i prowadzi projekt Protect Children Project, dotyczący ochrony dzieci przed określonymi formami przemocy i nadużyć w szkołach.

I przyznam, że uwielbiam ten kontrast.

Z jednej strony mamy religijne publikacje, w których można znaleźć usprawiedliwienia dla kar fizycznych.

Z drugiej satanistów, którzy formułują zasadę niekrzywdzenia dzieci i bronią ich nietykalności cielesnej.

No i kto tutaj, kurwa, ma problem z moralnością?

Dla mnie wychowanie powinno polegać przede wszystkim na rozmowie, obecności rodzica, tłumaczeniu świata, uczeniu konsekwencji własnych decyzji i stawianiu rozsądnych granic.

Dziecko potrzebuje dorosłego, który będzie przy nim, kiedy popełni błąd. Który wyjaśni mu, dlaczego coś jest niewłaściwe, zamiast od razu sięgać po pas.

Nie wszystkie nurty satanizmu mają identyczne poglądy na wychowanie, ale ja nie potrzebuję wizji boskiej kary, żeby rozumieć, że nie wolno krzywdzić słabszych.

To nie oznacza wychowania bez zasad.

Oznacza wychowanie bez przemocy.

Najpierw pies, potem dziecko. Przemoc nie kończy się na ludziach

Jest jeszcze jeden temat, którego nie zamierzam pomijać.

Znęcanie się nad zwierzętami.

W Polsce nadal spotykam się z podejściem, według którego psa czy kota można uderzyć, bo przecież musi wiedzieć, kto rządzi.

Nie mam zamiaru twierdzić, że wszyscy Polacy tak myślą. Ale sama obecność takich porad w dyskusjach o wychowaniu zwierząt jest dla mnie obrzydliwa.

A jeszcze bardziej irytuje mnie, kiedy dziecko krzywdzi zwierzę, a dorosły nie reaguje.

Bo przecież tylko się bawi.

Bo jest małe.

Bo nic takiego się nie stało.

Kurwa, naprawdę?

Dziecko ciągnie kota za ogon, bije psa albo celowo sprawia zwierzęciu ból, a dorosły zamiast zareagować, śmieje się lub odwraca wzrok.

Małe dziecko nie zawsze rozumie konsekwencje swojego zachowania. Właśnie po to ma rodzica, żeby ten wyjaśnił mu granice.

Że zwierzę czuje ból, strach i stres.

Że nie jest zabawką.

Że nie można robić mu krzywdy dla własnej rozrywki.

Badania wskazują, że powtarzające się, celowe okrucieństwo wobec zwierząt może współwystępować z innymi zachowaniami agresywnymi i stanowić sygnał zwiększonego ryzyka późniejszej przemocy wobec ludzi.

Nie oznacza to, że każde dziecko krzywdzące zwierzę zostanie przestępcą. Ale tym bardziej takie zachowania wymagają poważnej reakcji, a nie lekceważenia.

Podobnie patrzę na dorosłych.

Jeśli ktoś świadomie znęcał się nad zwierzętami, nie zamierzam automatycznie zakładać, że wobec własnego dziecka stanie się człowiekiem cierpliwym, opanowanym i empatycznym.

Dla mnie to sygnał alarmowy.

I nie zignorowałabym go, wybierając ojca własnego dziecka.

Nasikał na podłogę? To mu przyłóż

Osobną kategorią są wszystkie te genialne porady dotyczące wychowania psów i kotów.

Pies nasikał w domu?

Trzeba mu wlać.

Kot zrobił siku poza kuwetą?

Wsadzić mu pysk w mocz. Niech wie, co zrobił.

I pomyśleć, że takie prymitywne metody nadal bywają powtarzane przez dorosłych ludzi z przekonaniem, że zdradzają komuś wielką tajemnicę skutecznego wychowania zwierząt.

Ja pierdolę.

Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że zwierzę nie musi robić nam na złość?

Pies może nie być odpowiednio nauczony załatwiania potrzeb na zewnątrz. Może być zestresowany, chory albo zwyczajnie nie mieć zapewnionej wystarczającej liczby spacerów.

Kot, który nagle zaczyna oddawać mocz poza kuwetą, może cierpieć z powodu problemów z układem moczowym, bólu, stresu albo niewłaściwych warunków korzystania z kuwety.

Nagłe problemy z oddawaniem moczu mogą wymagać pilnej konsultacji weterynaryjnej.

A co proponuje samozwańczy ekspert?

Przyłożyć.

Wsadzić pysk w siki.

Pokazać, kto jest panem.

Nie, to nie jest żadna metoda wychowawcza.

To krzywdzenie zwierzęcia, które nie rozumie, dlaczego człowiek nagle zaczyna je karać.

Zamiast szukać przyczyny u weterynarza czy wykwalifikowanego behawiorysty, łatwiej sięgnąć po przemoc.

Bo przemoc nie wymaga cierpliwości, wiedzy ani wysiłku.

Wystarczy przewaga fizyczna i przekonanie, że słabszy nie może się sprzeciwić.

Brzmi znajomo?

Dla mnie jest to ten sam mechanizm, który pojawia się w usprawiedliwianiu bicia dzieci.

Nie rozumiem zachowania istoty, za którą odpowiadam, więc zamiast spróbować ją zrozumieć, zadam jej ból.

I jeszcze nazwę to wychowaniem.

Jak traktujesz zwierzęta, tak pokazujesz, kim jesteś

Podejście do zwierząt powiedziałoby mi bardzo dużo o człowieku, z którym miałabym zdecydować się na posiadanie dziecka.

Nie wystarczyłoby mi zapewnienie, że będzie dobrym ojcem.

Chciałabym zobaczyć, jak zachowuje się wobec istot, które są od niego zależne.

Czy ma cierpliwość do chorego psa? Czy potrafi zrozumieć kota, który zaczyna załatwiać się poza kuwetą? Czy reaguje, kiedy dziecko zbyt mocno chwyta zwierzę?

Nie wyobrażam sobie wychowywania dziecka z mężczyzną, który kopie psa za kałużę na podłodze albo bije kota za zachowanie wynikające z choroby czy stresu.

Dla mnie taki człowiek przekreśliłby się jako kandydat na rodzica.

Nie dlatego, że każde okrucieństwo wobec zwierząt musi skończyć się przemocą wobec ludzi.

Dlatego, że nie zamierzam podejmować takiego ryzyka ani usprawiedliwiać świadomego krzywdzenia słabszych.

Dziecko i zwierzę mają jedną wspólną cechę: są zależne od dorosłego, który powinien zapewnić im bezpieczeństwo.

Nie istnieją po to, żeby rozładowywał na nich frustrację.

Nawet wasz ukochany klaps jest zakazany

Przypomnę jeszcze jedną rzecz.

W Polsce od 2010 roku obowiązuje zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci przez rodziców i opiekunów.

Tak, klaps również jest karą cielesną.

Nie ma wyjątku dla ludzi, których samych wychowywano pasem, ani dla tych, którzy uważają, że dziecko wyjątkowo zasłużyło.

A mimo to nadal słyszymy, że klaps nikomu nie zaszkodził.

Kurwa, skąd ta pewność?

Bo dziecko po uderzeniu przestało płakać? Bo posprzątało pokój? Bo ze strachu zrobiło dokładnie to, czego oczekiwaliście?

Posłuszeństwo wymuszone strachem nie jest tym samym co szacunek.

A jeśli ktoś naprawdę nie dostrzega różnicy, powinien poważnie zastanowić się nad swoim rozumieniem wychowania.

Norwegia. Kraj, w którym dziecko nie jest własnością rodzica

Jest jeszcze jeden kraj, którego podejście do wychowania dzieci szczególnie do mnie przemawia.

Norwegia.

Nie dlatego, że uważam ją za idealne państwo, w którym wszyscy rodzice są cudowni i nikt nie krzywdzi dzieci.

Oczywiście, że tak nie jest.

Ale podoba mi się to, na jakich zasadach zbudowano tam ochronę najmłodszych.

Norwegia wprowadziła zakaz kar cielesnych w 1987 roku, a w 2010 roku doprecyzowała przepisy, aby nie pozostawić miejsca dla usprawiedliwiania nawet lżejszych form fizycznego karania.

I bardzo, kurwa, dobrze.

W norweskiej kulturze wychowania ważne miejsce zajmują samodzielność dziecka, kontakt z naturą, rozmowa, bezpieczeństwo i poszanowanie jego potrzeb.

Oczywiście poszczególne rodziny różnią się od siebie. Nie istnieje jeden model stosowany przez wszystkich Norwegów.

Ale bliski jest mi ideał wychowania, w którym dziecko nie jest małym podwładnym dorosłego.

Ma własne zdanie, emocje i potrzeby.

Może popełniać błędy.

Może się uczyć poprzez doświadczenie.

A rodzic nie musi być jego dowódcą.

I właśnie takie podejście rozumiem.

Nie wychowanie, w którym wszystko wolno, tylko wychowanie oparte na odpowiedzialności i wzajemnym szacunku.

Barnevernet, czyli instytucja, której niektórzy tak bardzo się boją

W Norwegii funkcjonuje Barnevernet, czyli system ochrony dzieci.

W polskich dyskusjach niejednokrotnie przedstawia się go niemal jak organizację polującą na rodziny i odbierającą dzieci z byle powodu.

Tylko że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Barnevernet może zainteresować się sytuacją rodziny, kiedy pojawia się uzasadniona obawa, że dziecko doświadcza przemocy, zaniedbania, poważnych problemów opiekuńczych albo żyje w warunkach zagrażających jego zdrowiu i rozwojowi.

Zgłoszenie może pochodzić między innymi od szkoły, personelu medycznego, policji, sąsiada czy samego dziecka.

Po otrzymaniu zgłoszenia służba powinna ocenić je najpóźniej w ciągu tygodnia. Jeśli istnieją podstawy do dalszego działania, rozpoczyna postępowanie wyjaśniające, które zasadniczo powinno zakończyć się w ciągu trzech miesięcy.

I tutaj ważna rzecz.

Samo zgłoszenie nie oznacza odebrania dziecka.

System przewiduje pomoc rodzinie, poradnictwo, wsparcie wychowawcze i działania mające poprawić sytuację dziecka.

Odebranie go od rodziców wymaga spełnienia przesłanek prawnych. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia możliwa jest interwencja natychmiastowa, która również podlega kontroli prawnej.

Norweski system nie jest nieomylny. Zdarzały się błędy, a niektóre sprawy trafiały do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Nie zamierzam przedstawiać żadnej instytucji jako świętej i nietykalnej.

Ale sama idea, że państwo powinno reagować, kiedy dziecko jest krzywdzone, wydaje mi się całkowicie słuszna.

Znacznie bardziej niż interwencja służb przeraża mnie sytuacja, w której dziecko nie ma dokąd pójść, nikt mu nie wierzy, a dorośli powtarzają, że to wyłącznie sprawa rodzinna.

Bo rodzina nie jest osobnym państwem, w którym silniejszy może robić wszystko.

Jeśli miałabym zostać matką, to tylko w Norwegii

Nie postrzegam macierzyństwa jako obowiązku ani czegoś, co każda kobieta powinna w życiu zrealizować.

Nie mam zamiaru zmieniać tego stanowiska dlatego, że społeczeństwo oczekuje od kobiet zakładania rodzin.

Ale jeśli kiedykolwiek miałabym zdecydować się na posiadanie i wychowanie dziecka, widzę taką możliwość wyłącznie w Norwegii.

W kraju, którego podejście do praw dziecka jest znacznie bliższe moim przekonaniom.

Chciałabym, żeby moje dziecko dorastało ze świadomością, że jest człowiekiem, a nie moją własnością.

Że może mieć odmienne zdanie, własne zainteresowania, charakter i poglądy.

Że może popełniać błędy, nie obawiając się, że dostanie za nie w twarz.

Nie chciałabym być rodzicem, którego dziecko boi się zdenerwować.

Chciałabym być osobą, do której przychodzi nawet wtedy, kiedy zrobi coś naprawdę głupiego.

Nie mam zamiaru trzymać dziecka pod kloszem, kontrolować każdego ruchu i oczekiwać bezwzględnego posłuszeństwa.

Chciałabym wychować samodzielnego człowieka, a nie kogoś, kto przez całe życie będzie potrzebował pozwolenia na podjęcie najprostszej decyzji.

Świadome rodzicielstwo zaczyna się od wyboru drugiego rodzica

Jest jeszcze jedna kwestia, którą uważam za absolutnie fundamentalną.

Wybór ojca dziecka.

Jeżeli kiedykolwiek zdecyduję się na macierzyństwo, nie będzie to decyzja podjęta dlatego, że wypada, że mam odpowiedni wiek albo że jakiś mężczyzna marzy o zostaniu ojcem.

Chcę mieć pewność, że człowiek, z którym miałabym wychowywać dziecko, podziela moje wartości.

Że nie uważa klapsa za metodę wychowawczą. Nie będzie tłumaczył agresji tym, że dziecko doprowadziło go do ostateczności.

Że rozumie norweski system ochrony dzieci i zamierza przestrzegać jego zasad.

Nie wyobrażam sobie wychowywania dziecka z człowiekiem, który za moimi plecami stosowałby kary fizyczne, a później oczekiwał ode mnie, że stanę po jego stronie, bo przecież ojciec ma prawo dyscyplinować własne potomstwo.

Gówno prawda.

Dziecko nie jest własnością ani matki, ani ojca.

Ważne jest dla mnie również to, żeby drugi rodzic nie był związany z Kościołem katolickim, Świadkami Jehowy ani podobną organizacją religijną.

Nie chcę wychowania opartego na religijnych nakazach, straszeniu piekłem, grzechem czy karą boską.

Mężczyzna, z którym mogłabym zdecydować się na rodzicielstwo, musiałby być ateistą albo satanistą.

Nie dlatego, że sama etykieta ateisty czy satanisty gwarantuje komuś przyzwoitość.

Nie gwarantuje.

Ale chcę wychowywać dziecko z człowiekiem, który będzie kierował się rozumem, empatią i odpowiedzialnością, a nie religijnymi instrukcjami dotyczącymi posłuszeństwa.

Nie zamierzam również prowadzić z ojcem własnego dziecka wojen o to, czy należy je ochrzcić, posłać na religię albo zmuszać do uczestnictwa w praktykach, których samo nie rozumie.

Chciałabym, żeby poznawało różne światopoglądy, zadawało pytania i samo dochodziło do wniosków.

Nawet jeżeli kiedyś wybrałoby przekonania inne niż moje.

Bo wolność myślenia nie polega na zastąpieniu jednego przymusu drugim.

Jeden raz wystarczy. Nie będę chronić ojca kosztem dziecka

I niech będzie jasne jeszcze jedno.

Jeżeli mężczyzna, z którym zdecydowałabym się mieć dziecko, choćby raz zastosował wobec niego przemoc, nie zamierzałabym tego tolerować.

Nie interesowałoby mnie tłumaczenie, że poniosły go nerwy, że dziecko było niegrzeczne albo że przecież dostało tylko jednego klapsa.

Jeden raz to dla mnie wystarczająco dużo.

Sprowadziłabym takiego ojca do parteru. Nie mówię o odwecie pięściami, tylko o natychmiastowym postawieniu granicy i odebraniu mu możliwości dalszego krzywdzenia dziecka.

Zadbałabym o bezpieczeństwo dziecka, zgłosiła przemoc odpowiednim instytucjom i wystąpiła do sądu o pozbawienie go władzy rodzicielskiej.

Oczywiście o takim pozbawieniu decyduje sąd, a nie drugi rodzic. Ale wykorzystałabym wszystkie legalne możliwości, żeby dziecko było bezpieczne.

Nie obchodziłoby mnie, że to ojciec mojego dziecka. Że byliśmy razem przez wiele lat. Że wcześniej był cudownym partnerem.

W chwili, kiedy podniósłby rękę na nasze dziecko, przekroczyłby granicę, której nie pozwoliłabym mu przekroczyć ponownie.

Nie zamierzałabym udawać szczęśliwej rodziny tylko po to, żeby chronić wizerunek mężczyzny, który dopuścił się przemocy.

Dziecko nie ma obowiązku cierpieć dlatego, że jego matka kocha ojca.

A ja nie zamierzam stawiać żadnego mężczyzny ponad bezpieczeństwem własnego dziecka.

Choćby był miłością mojego życia.

Choćbyśmy mieli wspólny dom, plany i dziesięć lat związku.

Jeżeli uderzysz nasze dziecko, to nie będziesz miał we mnie obrończyni. Będziesz miał człowieka, który zrobi wszystko zgodnie z prawem, żebyś nie mógł go skrzywdzić ponownie.

I to jest dla mnie jedna z podstawowych zasad świadomego rodzicielstwa.

Varg Vikernes i pozwalanie dzieciom na poznawanie świata

Przypomina mi się tutaj wypowiedź Varga Vikernesa z wywiadu dla magazynu Pro-Rock z 2012 roku.

Zapytano go, czy rodzice powinni chronić dzieci przed okrucieństwem świata, czy raczej pozwolić im samodzielnie zdobywać doświadczenia.

Vikernes odpowiedział, że przed niektórymi zagrożeniami należy dzieci chronić, ale na inne trzeba im pozwolić. Opowiadał, że pozwala swoim dzieciom wspinać się, upadać, biegać i potykać, nawet jeśli czasami kończy się to drobnym urazem.

I wiecie co?

Ten konkretny sposób myślenia bardzo mi się podoba.

Nie oznacza to, że podzielam wszystkie poglądy Vikernesa. Nie podzielam. Ale potrafię zgodzić się z pojedynczą wypowiedzią człowieka bez uznawania go za autorytet we wszystkim.

Dziecko powinno mieć możliwość poznawania świata. Brudzenia się, wspinania na drzewa, biegania po lesie, zadawania niewygodnych pytań i popełniania własnych błędów.

Nie wyobrażam sobie stać nad nim przez całe dzieciństwo i krzyczeć, żeby niczego nie dotykało, nigdzie nie wchodziło i przypadkiem nie przewróciło się na trawie.

Oczywiście są granice. Rodzic ma obowiązek chronić dziecko przed rzeczywistym niebezpieczeństwem.

Ale zadrapane kolano nie jest tragedią. Nieudana próba zrobienia czegoś samodzielnie również nie.

Chciałabym, żeby moje dziecko miało własne zdanie, potrafiło ponosić konsekwencje swoich wyborów i wiedziało, że po niepowodzeniu może wrócić do domu, w którym nikt nie będzie go upokarzał.

Żeby nie bało się powiedzieć: „Mamo, spieprzyłem coś”.

I żeby wiedziało, że zamiast pasa dostanie rozmowę, pomoc i szansę naprawienia błędu.

Nie chcę wychowywać dziecka do posłuszeństwa wobec mnie.

Chciałabym wychować je do samodzielnego życia.

Może problemem nie są dzieci, tylko wy

Nie wzruszają mnie nostalgiczne opowieści o ojcu zdejmującym pas i całej rodzinie stającej na baczność.

Nie uważam za powód do dumy tego, że matka potrafiła wymierzyć policzek zapamiętany na całe życie.

Właśnie to ostatnie powinno wam dać do myślenia.

Zapamiętany na całe życie.

Być może nie dlatego, że nauczył szacunku, ale dlatego, że człowiek, któremu dziecko najbardziej ufało, postanowił sprawić mu ból.

Brutalne ataki w szkołach powinny skłaniać do rozmowy o bezpieczeństwie, przemocy, zdrowiu psychicznym i odpowiedzialności dorosłych.

Nie do organizowania internetowego konkursu na najbardziej brutalną metodę wychowawczą.

Mam serdecznie dość ludzi, którzy domagają się od dzieci opanowania, sami nie potrafiąc utrzymać własnych rąk przy sobie.

Którzy żądają szacunku wyłącznie ze względu na wiek, a później bez skrępowania obrażają innych.

Mam dość nauczycieli, którzy poniżają uczniów, religijnych autorytetów usprawiedliwiających kary fizyczne, rodziców, którzy mylą strach z posłuszeństwem, i ludzi traktujących zwierzęta jak przedmioty do rozładowywania własnej frustracji.

I tych, którzy z dumą powtarzają, że porządne lanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Chcecie wychowywać ludzi, którzy rozwiązują konflikty bez przemocy?

To zacznijcie od siebie.

Nauczcie się panować nad emocjami. Szanujcie młodszych. Przestańcie traktować dzieci jak swoją własność.

A jeśli nie potraficie zapewnić dziecku ani zwierzęciu bezpieczeństwa bez uderzania, zastraszania czy poniżania, to może nie powinniście brać na siebie odpowiedzialności za ich życie.

Bo jeśli waszym jedynym argumentem wychowawczym jest pas, a jedynym sposobem zdobywania szacunku jest strach, to może problem nie leży w dziecku.

Może problemem jesteście, kurwa, wy.

Skomentuj