Mój kot ma ludzkie imię. I co, do cholery, z tego ?

Nie wiem, kto i kiedy uznał, że ludzkie imiona powinny być zarezerwowane wyłącznie dla przedstawicieli naszego gatunku. Najwyraźniej jednak dla niektórych kot o imieniu Zdzisław, pies nazwany Henrykiem czy królik Bogumił stanowią niemal zamach na godność człowieka.

Bo przecież kot powinien być Mruczkiem, pies Burkiem, a królik Puszkiem. Wtedy wszystko jest na swoim miejscu i nikt nie musi mierzyć się z dramatyczną informacją, że gdzieś w Polsce mieszka zwierzę noszące takie samo imię jak jego wujek.

Tymczasem moje zwierzęta mają ludzkie imiona. Większość z nich. Niektóre nawet dwa.

I jakoś nie czuję potrzeby, żeby kogokolwiek za to przepraszać.

Filomena, Kamila, Frøya i reszta towarzystwa

Mam trzy kotki: Filomenę, Kamilę i Frøyę. Pierwsza, nazywana również Filą, specjalizuje się między innymi w demolowaniu mieszkania i patrzeniu na człowieka z pogardą, kiedy zaoferuje jej niewłaściwy przysmak. Kamila doskonale wie, czego chce, a Frøya nosi imię nordyckiej bogini, której wizerunek w mitologii związany jest również z kotami.

Są jeszcze Gerard, Ludwik i Tadeusz, ale tutaj sytuacja wygląda inaczej.

To bezdomne, dzikie koty, które dokarmiam i którym zapewniam leczenie weterynaryjne, kiedy tego potrzebują. Nie są moimi prywatnymi kotami. Nie mieszkają ze mną ani nie śpią na mojej kanapie.

Mają jednak swoje imiona.

Nie widzę powodu, dla którego zwierzę musi należeć do człowieka, żeby zasługiwać na indywidualne traktowanie. Gerard nie jest dla mnie po prostu jednym z trzech bezdomnych kotów. Tak samo Ludwik i Tadeusz.

Każdy z nich jest osobnym zwierzęciem, z własnym charakterem i potrzebami.

Nie potrzebuję aktu adopcji, żeby wystawić choremu kotu miskę jedzenia, zapewnić mu leczenie albo zainteresować się jego losem.

Zresztą samo dokarmianie bezdomnych zwierząt również potrafi wywoływać oburzenie. Najwyraźniej niektórym przeszkadza nawet to, że człowiek pomaga istocie, z której obecności nie ma żadnej materialnej korzyści.

Gerard, Ludwik i Tadeusz nie odpowiadają za to, że żyją na ulicy.

Nie zamierzam ich za to karać obojętnością.

Wracając do reszty towarzystwa, mój pies nosi pełne imię Adrien Michael.

Tak, dwa imiona. Nie dlatego, że planuję zapisać go na uniwersytet albo wystawić mu dowód osobisty. Po prostu tak go nazwałam.

Mam również osiem królików: Cosmo, Arden, Hayden, Jutty, Elliot, Ryszarda, Jaśmina i Bogumił.

Przyznaję, że Ryszarda i Bogumił brzmią, jakby mieli za chwilę usiąść przy stole i rozpocząć rozmowę o emeryturach, cenach węgla i sytuacji politycznej w kraju. W praktyce ich zainteresowania są znacznie prostsze.

Do kompletu dochodzą dwie szynszyle, Oliver i Billy, oraz Stefan, żółw mający około dwudziestu lat.

Gdyby ktoś przeczytał same imiona bez informacji o gatunkach, zapewne uznałby, że prowadzę wyjątkowo liczne gospodarstwo domowe złożone z kilku pokoleń ludzi.

I bardzo dobrze.

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego zwierzę musi mieć imię, które już na pierwszy rzut oka informuje otoczenie, że nie jest człowiekiem.

Bogumił może być królikiem, Adrien Michael psem, a Gerard wolno żyjącym kotem.

Żaden człowiek o tych imionach nie traci przez to godności, praw obywatelskich ani miejsca w kolejce do lekarza.

„Ale to przecież ludzkie imię!”

Uwielbiam ten argument. Szczególnie kiedy wypowiada go ktoś autentycznie oburzony.

Zastanawiam się wtedy, czy istnieje jakiś nieznany mi urząd zajmujący się ochroną imion przed zwierzętami.

Czy gdybym nazwała kota Januszem, wszyscy Janusze w Polsce mogliby wystąpić z pozwem zbiorowym? Czy królik o imieniu Kazimierz powinien zostać wpisany do rejestru naruszeń ludzkiej godności?

A może trzeba byłoby stworzyć osobny katalog imion zatwierdzonych przez społeczeństwo do użytku zwierzęcego?

Puszek, Azor, Łatek i Mruczek — proszę bardzo.

Stefan, Ryszarda albo Tadeusz — skandal.

Tylko na czym ten skandal właściwie polega?

Ludzkie imiona pochodzą z różnych języków, kultur, religii i tradycji. Niektóre mają korzenie sięgające starożytności, inne wywodzą się z mitologii. Sam fakt, że przez wieki nadawano je ludziom, nie oznacza, że zwierzęciu nie wolno ich nosić.

Mój żółw Stefan nie odbiera niczego żadnemu Stefanowi. Nie podszywa się pod człowieka, nie wykorzystuje jego danych osobowych i nie ubiega się o świadczenia emerytalne.

Jest żółwiem.

Tyle że ma na imię Stefan.

„To tylko zwierzę”. Zdanie, którego nie znoszę

Za podobnymi komentarzami często kryje się przekonanie, że zwierzę powinno zajmować w domu określone miejsce. Najlepiej trochę niżej niż człowiek, zarówno dosłownie, jak i w przenośni.

Można je lubić, głaskać i karmić, ale kiedy zaczyna być traktowane jak członek rodziny, niektórzy natychmiast dostają wysypki.

Pies ma własne legowisko, ale śpi też w łóżku? Przesada.

Kot dostaje karmę dobrej jakości? Rozpieszczanie.

Królik jedzie do specjalisty? Fanaberia.

A kiedy ktoś mówi, że kocha swoje zwierzęta, zaraz znajdzie się człowiek z nieśmiertelnym: „Przecież to tylko zwierzę”.

Mam wyjątkową alergię na to stwierdzenie.

Co właściwie ma oznaczać słowo „tylko”? Że zwierzę słabiej odczuwa ból? Że mniej cierpi, kiedy jest chore? Że strach, stres i przywiązanie w jego przypadku nie mają większego znaczenia?

Nie potrzebuję udawać, że Filomena jest człowiekiem, żeby traktować ją poważnie. Wiem, że jest kotem. Ma kocie potrzeby, koci sposób komunikacji i własny charakter. Tak samo moje króliki nie są małymi ludźmi z długimi uszami, a szynszyle nie powinny funkcjonować według zasad wymyślonych dla psów.

Właśnie dlatego uczę się potrzeb poszczególnych gatunków.

Szacunek do zwierzęcia polega również na tym, żeby pozwolić mu być zwierzęciem, zamiast na siłę dopasowywać je do ludzkiego świata.

A imię?

Imię jest najmniej skomplikowaną częścią całej tej relacji.

Na imię kota się oburzają. Na bicie już niekoniecznie

Tutaj kończy się zabawna część tej historii.

Bo o ile oburzenie na kota Tadeusza może mnie jeszcze rozśmieszyć, o tyle niektóre komentarze dotyczące wychowywania zwierząt wywołują we mnie zwyczajną odrazę.

Do dziś można spotkać ludzi przekonanych, że jeżeli pies załatwi się w mieszkaniu, należy mu porządnie przyłożyć. Albo że kotu, który oddał mocz poza kuwetą, trzeba wsadzić pyszczek w kałużę, żeby „zrozumiał”.

Co ma zrozumieć?

Że człowiek jest większy, silniejszy i może go skrzywdzić?

Kot nie załatwia się poza kuwetą dlatego, że postanowił zrobić opiekunowi na złość. Przyczyną może być choroba, ból, stres, problemy z kuwetą albo konflikt z innymi zwierzętami. Właśnie dlatego pierwszym krokiem powinna być diagnostyka weterynaryjna, a później, jeżeli jest taka potrzeba, praca z dobrym behawiorystą.

Ale przecież łatwiej jest uderzyć zwierzę, niż zastanowić się, dlaczego zachowuje się inaczej niż zwykle.

A później jeszcze opowiadać z dumą, że dostało nauczkę.

Nie widzę w tym żadnego wychowania. Widzę człowieka, który nie potrafi poradzić sobie z problemem bez użycia przemocy wobec istoty zależnej od niego.

I właśnie dlatego śmieszy mnie ta cała troska o godność ludzkich imion.

Nazwanie psa Michałem może być dla kogoś nie do przyjęcia, ale opowieści o „dyscyplinowaniu” zwierząt przemocą nadal potrafią spotkać się ze zrozumieniem.

Mamy więc bronić powagi imienia Zdzisław, ale niekoniecznie zdrowia i bezpieczeństwa samego zwierzęcia.

Gratuluję priorytetów.

„Kiedyś zwierząt się nie badało i jakoś żyły”

Kolejny temat, który doprowadza mnie do szału, to oburzenie na wydawanie pieniędzy na weterynarza.

Wystarczy wspomnieć o badaniach krwi, USG, diagnostyce albo specjalistycznym leczeniu zwierzęcia, żeby usłyszeć:

„Tyle pieniędzy na kota?”

„Po co robić badania psu?”

„Kiedyś zwierząt się nie badało i jakoś żyły”.

I tutaj zaczynam się zastanawiać, po jaką cholerę autorzy podobnych komentarzy sami chodzą do lekarzy.

Przecież ludzi też kiedyś nie badano w taki sposób jak dzisiaj. Nie było współczesnej diagnostyki obrazowej, powszechnego dostępu do antybiotyków, zaawansowanych operacji ani możliwości leczenia wielu chorób, które obecnie można skutecznie kontrolować.

Kobiety rodziły w domach, a niektóre nawet w polu, bo nie miały dostępu do odpowiedniej opieki. Wiele umierało przy porodach albo wskutek powikłań. Umierały również noworodki, którym dzisiejsza medycyna mogłaby uratować życie.

Ale przecież „jakoś żyli”, prawda?

To po co wam badania profilaktyczne? Po co stomatolog, chirurg, kardiolog albo szpital? Może od razu wróćmy do czasów, kiedy poważną infekcję próbowano leczyć domowymi sposobami, a przeżycie operacji zależało od szczęścia?

Skoro dawne metody były takie wspaniałe, proszę bardzo. Tylko dlaczego zwierzęta mają być jedynymi istotami, którym odmawia się korzyści wynikających z rozwoju medycyny?

Argument, że kiedyś czegoś nie robiono, nie jest dowodem, że nie było to potrzebne.

Jest co najwyżej przypomnieniem, że dawniej ludzie mieli mniejsze możliwości.

I wielu z nich, zarówno ludzi, jak i zwierząt, zapłaciło za to zdrowiem albo życiem.

Jeżeli moje koty potrzebują badań krwi, USG czy konsultacji specjalistycznej, to zostaną zbadane. Jeżeli Adrien Michael będzie wymagał leczenia, również je otrzyma.

Tak samo Gerard, Ludwik i Tadeusz. To, że żyją na zewnątrz i nie są moimi prywatnymi kotami, nie oznacza, że ich zdrowie przestaje mieć znaczenie. Kiedy któryś potrzebuje pomocy weterynaryjnej, staram się mu ją zapewnić.

Nie zamierzam rezygnować z opieki nad zwierzętami tylko dlatego, że ktoś uważa wydawanie na nie pieniędzy za przesadę.

To moje decyzje, moje pieniądze i odpowiedzialność, którą świadomie biorę na siebie.

A już szczególnie nie interesuje mnie opinia człowieka, który nie zna stanu zdrowia mojego psa czy kota, ale doskonale wie, ile powinnam wydać na jego leczenie.

Jeżeli ktoś tak bardzo tęskni za czasami, w których nie badano zwierząt, niech najpierw wyjaśni, dlaczego sam nie chce wrócić do medycyny sprzed dwustu lat.

Kastracja? Nagle wszyscy zostają ekspertami od macierzyństwa

Osobną kategorią absurdu są dyskusje o kastracji zwierząt.

Wystarczy powiedzieć, że kotka została wykastrowana, żeby pojawił się ktoś przekonany, że właśnie odebrano jej największe marzenie życiowe.

„Powinna chociaż raz urodzić”.

„Pies musi sobie poużywać”.

„A nie szkoda ci jej?”

Nie. Nie jest mi szkoda kotki dlatego, że nie będzie rodzić kolejnych miotów.

Byłoby mi jej szkoda, gdybym świadomie narażała ją na niepotrzebne ciąże, porody i związane z nimi ryzyko tylko po to, żeby zaspokoić własne wyobrażenia o zwierzęcym macierzyństwie.

Kotka nie planuje ślubu, dzieci i przyszłości rodzinnej. Nie zastanawia się, czy w wieku trzech lat będzie odpowiednio dojrzała emocjonalnie na pierwszego potomka.

Zwierzęta rozmnażają się pod wpływem biologii, a nie ludzkich marzeń o założeniu rodziny.

To zabawne, że osoby najgłośniej krytykujące uczłowieczanie zwierząt potrafią jednocześnie przypisywać kotkom ludzką potrzebę zostania matką, a psom ambicję seksualnego spełnienia.

I kto tutaj właściwie uczłowiecza zwierzęta?

Kastracja jest zabiegiem medycznym. Jej termin, korzyści i ryzyko powinien ocenić lekarz weterynarii, uwzględniając gatunek, wiek oraz stan zdrowia zwierzęcia. Może zapobiegać nieplanowanemu rozmnażaniu i określonym problemom zdrowotnym, choć nie jest zabiegiem pozbawionym ryzyka.

Tego typu decyzje powinny należeć do świadomego opiekuna i lekarza, a nie przypadkowych komentatorów.

Najbardziej jednak irytuje mnie coś innego.

Ludzie potrafią wygłaszać wzruszające przemówienia o tym, jak okrutne jest pozbawianie zwierzęcia możliwości rozmnażania, a jednocześnie zupełnie ignorować problem niechcianych miotów.

Kocięta rozdawane byle komu, porzucane zwierzęta, przepełnione schroniska i kolejne ogłoszenia o poszukiwaniu domów.

Gdzie wtedy podziewa się ta wielka troska o zwierzęce szczęście?

Łatwo opowiadać o prawie kotki do macierzyństwa. Znacznie trudniej wziąć odpowiedzialność za wszystkie kocięta, które przyjdą na świat.

A argument, że „kotka musi raz urodzić dla zdrowia”, nie staje się prawdziwy tylko dlatego, że ktoś powtarza go od trzydziestu lat.

Moje zwierzęta nie są elementem wyposażenia mieszkania

Posiadanie zwierząt to nie tylko przyjemność wynikająca z ich obecności. To również codzienne obowiązki, które nie znikają, kiedy człowiek jest zmęczony, chory albo ma gorszy dzień.

Trzeba je nakarmić, posprzątać, zadbać o odpowiednie warunki i reagować, kiedy coś jest nie tak.

Przy większej liczbie zwierząt tych obowiązków robi się naprawdę dużo.

A kiedy dodatkowo dokarmia się bezdomne koty, dochodzą kolejne sprawy, którymi trzeba się zająć. Jedzenie, obserwowanie ich stanu zdrowia, organizowanie pomocy, kiedy któryś zaczyna chorować.

Nie dostaję za to żadnej nagrody i nie oczekuję oklasków.

Robię to, ponieważ nie potrafię przejść obojętnie obok głodnego albo chorego zwierzęcia.

Moje koty domowe z kolei potrafią skutecznie skomplikować nawet tak prostą czynność jak wybór karmy.

To, co jednego dnia jest absolutnym przysmakiem, następnego może zostać potraktowane jak osobista zniewaga.

Filomena ma przy tym wyjątkowo wymowną mimikę. Czasami wystarczy jedno spojrzenie na miskę, żebym wiedziała, że popełniłam poważny błąd kulinarny.

I nie, zmiana imienia na Puszek nie poprawiłaby jej stosunku do zawartości puszki.

Każde z moich zwierząt ma własne przyzwyczajenia, potrzeby i charakter. Nie są dekoracją mieszkania ani zabawkami, które można odstawić, kiedy przestają być wygodne.

Są żywymi istotami, za które wzięłam odpowiedzialność.

A Gerard, Ludwik i Tadeusz przypominają mi, że odpowiedzialność i empatia nie muszą kończyć się na zwierzętach, które formalnie należą do człowieka.

Nie muszę przy tym nikomu udowadniać, że kocham zwierzęta bardziej niż ludzi albo odwrotnie. To kolejna bezsensowna konkurencja, którą niektórzy próbują urządzać przy każdej podobnej dyskusji.

Szacunek do zwierząt niczego człowiekowi nie odbiera.

Ani godności, ani praw, ani wartości.

Podobnie jak imię Gerard.

Stefan ma dwadzieścia lat i naprawdę ma to gdzieś

Nie zamierzam zmieniać imion swoich zwierząt, żeby zadowolić ludzi, których oburza sam fakt ich istnienia.

Filomena zostanie Filomeną, Kamila Kamilą, a Frøya nadal będzie nosić imię nordyckiej bogini.

Adrien Michael ma dwa imiona i zapewniam, że nie jest to wstęp do ubiegania się o stanowisko prezesa spółki.

Cosmo, Arden, Hayden, Jutty, Elliot, Ryszarda, Jaśmina i Bogumił nie muszą przeobrażać się w Tuptusie, żeby ktokolwiek uznał ich za prawdziwe króliki.

Oliver i Billy pozostaną Oliverem i Billym.

Gerard, Ludwik i Tadeusz nadal będą bezdomnymi, dzikimi kotami, które dokarmiam i którym zapewniam leczenie, kiedy tego potrzebują. Nie są moją własnością, ale nie są też trzema anonimowymi zwierzętami, których los można zignorować.

A Stefan?

Stefan ma około dwudziestu lat. Podejrzewam, że gdyby potrafił zabrać głos w tej dyskusji, zainteresowałby się nią mniej więcej przez trzy sekundy, po czym wrócił do swoich żółwich zajęć.

I słusznie.

Bo naprawdę trudno mi pojąć, jak można poświęcać tyle emocji temu, że czyjś pies nazywa się Michael, podczas gdy wokół nie brakuje zwierząt wymagających pomocy, leczenia i odpowiedzialnych domów.

Niech każdy nazywa swoje zwierzęta tak, jak chce.

Mój królik może być Bogumiłem, pies Adrienem Michaelem, a wolno żyjący kot Gerardem.

Nie odbiera to godności żadnemu człowiekowi.

Za to człowiek, który wyśmiewa badania weterynaryjne, usprawiedliwia bicie zwierząt albo powtarza bzdury o konieczności rodzenia przez kotkę, powinien raczej zastanowić się nad własnym podejściem.

Bo zwierzę o ludzkim imieniu nie jest żadnym problemem. Znacznie większym problemem jest człowiek, który nie potrafi traktować zwierzęcia z elementarnym szacunkiem.

Skomentuj