Mój kot je dziczyznę. I co, kurwa, z tego? O myśliwych, hipokryzji i manipulacji.

Jest pewien rodzaj ludzi, którzy najwyraźniej nie potrafią pogodzić się z faktem, że człowiek niejedzący mięsa może mieć kota.

Wystarczy, że powiem, czym karmię swoje zwierzęta, żeby pojawił się jakiś samozwańczy ekspert od konsekwencji światopoglądowej.

„Nie jesz mięsa, ale twój kot je!”

No i co, kurwa, z tego?

Mam usiąść przed Filomeną, Kamilą i Frøyą, wyjaśnić im moje przekonania, przeprowadzić krótką prezentację dotyczącą etyki i zapytać, czy od jutra chciałyby uczestniczyć w moim światopoglądzie?

Już widzę reakcję Filomeny.

Prawdopodobnie spojrzałaby na mnie z pogardą, odwróciła się i poszła szukać czegoś ciekawszego. Kamila zapewne uznałaby, że skoro już stoję przy szafce z karmą, powinnam przestać pieprzyć i otworzyć puszkę.

I miałaby rację.

Nie jem mięsa, ponieważ tak zdecydowałam. Nie chcę go jeść, nie jest mi potrzebne i mam swoje powody, żeby nie uczestniczyć w jego konsumpcji.

Moje koty nie podejmowały podobnej decyzji.

Kot jest bezwzględnym mięsożercą. Jego organizm wymaga odpowiednio zbilansowanej diety dostarczającej między innymi tauryny, określonych aminokwasów, kwasów tłuszczowych i witamin. Nie wystarczy wrzucić mu do miski przypadkowych produktów roślinnych i liczyć, że jakoś będzie.

Dlatego moje koty dostają pełnoporcjowe karmy przeznaczone dla swojego gatunku. Nie zamierzam eksperymentować na ich zdrowiu, żeby jakiś idiota w internecie przyznał mi medal za ideologiczną konsekwencję.

I na tym zakończmy lekcję biologii.

Bo problemem tej dyskusji wcale nie jest żywienie kotów.

Problemem są ludzie, którzy wykorzystują zawartość kociej miski jako argument w obronie własnego zamiłowania do zabijania zwierząt.

„Kupujesz dziczyznę? To dzięki myśliwym!”

Ten argument doprowadza mnie do szczególnej irytacji.

Kiedy osoba krytykująca polowania wspomni, że jej kot je karmę z dzikiem, jeleniem czy innym mięsem pochodzącym od zwierząt dzikich, nagle pojawia się triumfalne:

„AHA! Czyli jednak wspierasz myśliwych!”

I zapewne w tym momencie autor komentarza czuje się jak pieprzony geniusz.

Odkrył dziczyznę w puszce.

Gratulacje. Jeszcze chwila i odkryje, że woda jest mokra.

Moje koty jadły karmy z reniferem, dzikiem, kangurem i różnymi innymi rodzajami mięsa. Zamawiam kolejne, sprawdzam składy, porównuję konsystencje i próbuję ustalić, co te trzy wybredne stworzenia łaskawie zechcą zjeść.

Nie dlatego, że jestem wielbicielką myślistwa.

Dlatego, że zależy mi na zdrowiu zwierząt, za które odpowiadam.

A jeśli ktoś uważa, że kupienie puszki z dzikiem oznacza automatyczne poparcie dla strzelania do dzików, to najwyraźniej pomylił etykietę karmy z deklaracją światopoglądową.

Najbardziej bawi mnie jednak opowieść, że bez myśliwych nie miałabym czym karmić swoich kotów.

Co za monumentalna bzdura.

Jakby światowy przemysł karm dla zwierząt istniał wyłącznie dzięki ludziom spacerującym po lesie ze strzelbami.

Jakby każdy producent karmy czekał z pustymi puszkami, aż pan w zielonym kapeluszu wróci z polowania.

Nie wiem, skąd bierze się potrzeba przypisywania sobie aż tak wielkiego znaczenia, ale ego niektórych przedstawicieli środowiska łowieckiego najwyraźniej nie zmieściłoby się nawet w największej chłodni na dziczyznę.

Co naprawdę znajduje się w puszce?

Tutaj dochodzimy do czegoś, o czym warto mówić znacznie częściej.

Bo reklamy karm potrafią być piękne.

Dziki biegające przez las. Jelenie pośród mgły. Góry, łąki, czysta natura i obietnica wyjątkowo szlachetnego mięsa.

Człowiek mógłby pomyśleć, że każda puszka zawiera wyłącznie starannie wycięty kawałek dziczyzny, przygotowany specjalnie dla jego kota.

Tymczasem przemysł karmowy w dużej mierze wykorzystuje również produkty uboczne przetwórstwa mięsa.

Podroby, tłuszcz, okrawki, części tusz niewykorzystywane w żywności dla ludzi.

Serca, płuca, nerki czy śledziony nie są żadnym skandalicznym składnikiem kociej karmy. To surowce zwierzęce, które mogą mieć wartość odżywczą.

Nie są też automatycznie zepsutymi odpadami. Surowce przeznaczone do produkcji karm podlegają wymaganiom bezpieczeństwa.

I właśnie dlatego warto odróżnić rzeczywisty sposób produkcji karmy od bajeczek o szlachetnym myśliwym, który osobiście zapewnia mojemu kotu obiad.

Część surowców pochodzących od zwierzyny łownej również może trafiać do dalszego przetwórstwa po pozyskaniu mięsa na inne cele.

To jednak nie znaczy, że każda puszka z dziczyzną zawiera same resztki. Niektóre karmy wykorzystują mięso mięśniowe, inne podroby, jeszcze inne mieszanki różnych części zwierzęcia. Źródła surowców także bywają różne.

I nie będę pieprzyć, że zakup takiej karmy nigdy nie przynosi pieniędzy podmiotom związanym z rynkiem dziczyzny. Może przynosić. Przecież surowce są przedmiotem handlu.

Tylko co to ma, do cholery, udowadniać?

Że skoro ktoś sprzedał pozostałą część zabitego zwierzęcia producentowi karmy, samo zabicie natychmiast staje się moralnie słuszne?

Że wykorzystanie podrobów unieważnia wszystkie pytania o zasadność polowania?

Bzdura.

Jeżeli człowiek zabije zwierzę, a potem wykorzysta jego mięso, skórę i pozostałe części tuszy, może powiedzieć, że ograniczył marnowanie surowca.

Nie może na tej podstawie oczekiwać, że będę biła mu brawo za odebranie życia.

Zagospodarowanie ciała zabitego zwierzęcia nie jest dowodem, że należało je zabić.

I tutaj właśnie rozpada się cała ta wygodna narracja.

Myśliwy nie jest wilkiem. Choć niektórzy bardzo chcieliby nim być

Kiedy argument o puszce z dziczyzną przestaje wystarczać, zaczyna się kolejna opowieść.

„Wilki też zabijają”.

„Lisy polują”.

„Twój kot też jest drapieżnikiem”.

No niesamowite.

Czyli zwierzęta polują na inne zwierzęta.

Odkrycie godne osobnego programu przyrodniczego.

Tylko że wilk nie kupuje sztucera, nie organizuje polowania zbiorowego i nie ustawia martwego jelenia do pamiątkowego zdjęcia.

Lis nie potrzebuje ceremonii, podczas której ktoś będzie gratulował mu skutecznego zabicia zająca.

A mój kot nie tworzy opowieści o pielęgnowaniu wielowiekowej tradycji za każdym razem, kiedy próbuje dopaść owada.

Drapieżnik nie wygłasza przemówień o swojej moralnej wyższości.

Poluje, ponieważ tak funkcjonuje.

Człowiek natomiast potrafi przygotować całe widowisko wokół zabijania, a następnie nazwać je szacunkiem do natury.

I tego właśnie nie znoszę.

Szczególnie kiedy widzę zdjęcia ludzi pozujących z martwymi zwierzętami.

Uśmiechy, broń, trofea i komentarze pełne gratulacji.

Wspaniały dzień.

Udane polowanie.

Piękny okaz.

A ja patrzę na martwe zwierzę.

Na istotę, która jeszcze niedawno żyła, poruszała się po lesie i nie miała najmniejszego pojęcia, że ktoś postanowi uczynić z jej śmierci powód do satysfakcji.

Nie wzruszają mnie opowieści o głębokiej więzi myśliwego z przyrodą, kiedy ich ilustracją jest człowiek dumnie prezentujący zabite zwierzę.

Nie widzę w tym niczego romantycznego.

I nie zamierzam udawać, że widzę, żeby nie urazić czyichś łowieckich uczuć.

Zbawcy lasów. Przynajmniej we własnych opowieściach

Jest jeszcze jeden argument, który słyszę wyjątkowo często.

„Gdyby nie myśliwi, zwierzęta zniszczyłyby lasy”.

„Bez odstrzałów przyroda nie dałaby sobie rady”.

„My regulujemy populacje”.

W opowieściach części środowiska łowieckiego wszystko wygląda niezwykle prosto: przyroda stoi na krawędzi katastrofy, a jedynym ratunkiem jest człowiek z bronią.

Cóż za wygodna wizja świata.

Najpierw człowiek przez pokolenia przekształca krajobraz, wycina lasy, rozbudowuje drogi, zmienia siedliska i ingeruje w populacje drapieżników.

A później przedstawia siebie jako bohaterskiego obrońcę naturalnej równowagi.

Brawo, kurwa.

Jeżeli odstrzał konkretnej populacji rzeczywiście jest konieczny, chciałabym zobaczyć uzasadnienie oparte na danych.

Jakiego problemu dotyczy? Jakie są wyniki monitoringu? Czy rozważono rozwiązania niewymagające zabijania? Jak sprawdzono skuteczność wcześniejszych działań?

Nie interesuje mnie odpowiedź: „Bo myśliwi wiedzą najlepiej”.

Autorytet nie bierze się z samego posiadania broni ani przynależności do koła łowieckiego.

I zdecydowanie nie bierze się ze zdjęć z trofeami.

Nie kupuję również opowieści, w której każde polowanie zostaje automatycznie przedstawione jako obowiązek wobec przyrody.

Jeżeli ktoś poluje dlatego, że lubi polować, niech przynajmniej nie zasłania własnej przyjemności wielkimi słowami o ratowaniu świata.

Właśnie ta próba nadawania zabijaniu szlachetnej otoczki budzi we mnie największą odrazę.

Bo między koniecznością wykonania określonego działania a czerpaniem satysfakcji ze śmierci zwierzęcia istnieje ogromna różnica.

I żadna puszka karmy tej różnicy nie wymaże.

Mój kot nie musi być ideologicznie czysty

W całej tej dyskusji zadziwia mnie również obsesja na punkcie szukania sprzeczności w życiu ludzi, którzy krytykują polowania.

Nie jesz mięsa, ale masz skórzane buty?

Hipokryzja!

Nie jesz mięsa, ale kupujesz karmę dla kota?

Hipokryzja!

Nie lubisz myśliwych, ale w składzie karmy jest dzik?

HA! MAMY CIĘ!

I co teraz?

Mam paść na kolana, przeprosić koło łowieckie i uroczyście ogłosić, że od dzisiaj uwielbiam polowania?

Nie doczekacie się.

Nie interesuje mnie uczestniczenie w konkursie na najbardziej ideologicznie nieskazitelnego człowieka.

Podejmuję decyzje, które uważam za właściwe, i odpowiadam za ich konsekwencje.

Jeżeli kupuję karmę zawierającą surowce zwierzęce, mam świadomość, że uczestniczę w określonym rynku. Mogę sprawdzać pochodzenie składników, wybierać producentów i szukać produktów odpowiadających potrzebom moich zwierząt.

Nie oznacza to, że mam obowiązek aprobować każdy sposób pozyskiwania mięsa.

Gdyby korzystanie z jakiegokolwiek produktu automatycznie oznaczało poparcie dla wszystkich praktyk związanych z jego produkcją, właściwie nikt nie mógłby krytykować współczesnej gospodarki.

Ale oczywiście łatwiej wskazać palcem puszkę z dzikiem niż odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ktoś uważa strzelanie do zwierząt za rozrywkę.

A teraz odpieprzcie się od misek moich kotów

Mam trzy domowe kotki: Filomenę, Kamilę i Frøyę.

Oprócz nich dokarmiam Gerarda, Ludwika i Tadeusza. To bezdomne, dzikie koty, którym zapewniam również pomoc weterynaryjną, kiedy jej potrzebują. Nie są moimi prywatnymi zwierzętami, ale ich los nie jest mi obojętny.

Każdy z tych kotów potrzebuje jedzenia.

Nie interesuje mnie prowadzenie światopoglądowych eksperymentów na istotach, które są ode mnie zależne.

Nie będę też tłumaczyła głodnemu zwierzęciu, że dzisiaj musi poczekać na posiłek, ponieważ jakiś myśliwy w internecie uznał moje poglądy za niewystarczająco konsekwentne.

Mam wobec tych zwierząt obowiązki.

I zamierzam je wypełniać.

Nie muszę przy tym zachwycać się polowaniami, traktować myśliwych jak zbawców przyrody ani dziękować im za każdą puszkę mięsa.

Najbardziej żałosne jest dla mnie to, że zamiast rozmawiać o cierpieniu zwierząt, zasadności odstrzałów i ludzkiej odpowiedzialności, niektórzy próbują uciszać przeciwników polowań zawartością kociej miski.

Jakby obecność dziczyzny w karmie odbierała człowiekowi prawo do własnych przekonań.

Nie odbiera.

Możecie analizować etykiety, liczyć procenty mięsa i szukać na moich zakupach dowodów rzekomej hipokryzji.

Ja nadal będę krytykować zabijanie zwierząt dla przyjemności, pozowanie z martwymi zwierzętami i robienie z myślistwa romantycznej opowieści o miłości do natury.

Jeżeli chcecie bronić polowań, brońcie ich konkretnymi argumentami.

Przedstawcie dane, wyjaśnijcie zasadność odstrzałów i odpowiedzcie na pytania o dobrostan zwierząt.

A nie pieprzcie mi, że skoro moje koty jedzą mięso, powinnam zamknąć mordę.

Mój kot jest drapieżnikiem. Ja nie muszę nim być.

A myśliwy, który próbuje usprawiedliwiać własne strzelanie zawartością puszki mojej Filomeny, nie wygrał żadnej dyskusji. Pokazał jedynie, że łatwiej mu zajrzeć do cudzej miski niż zmierzyć się z pytaniami o własne postępowanie.

Skomentuj