Zastanawia mnie, jakim cudem instytucja, która od wieków mówi kobietom, jak mają żyć, nadal potrafi przedstawiać się jako ich wielki obrońca.
Naprawdę, trzeba mieć tupet.
Przez stulecia mężczyźni w sutannach tłumaczyli kobietom, jak powinny się zachowywać, kiedy współżyć, czy stosować antykoncepcję, dlaczego macierzyństwo jest takie wyjątkowe i jakie obowiązki mają wobec swoich mężów.
A gdy kobieta chciałaby zostać księdzem?
Nie, kochana. Tego akurat nie wolno.
Możesz sprzątać kościół, śpiewać w chórze, studiować teologię, oddać całe życie religii. Możesz nawet zostać świętą.
Ale kapłanką? Zapomnij.
Bo podobno Bóg tak chciał.
I właśnie tego rodzaju argumentacja doprowadza mnie do cholery.
Nie dlatego, że ktoś wierzy. Niech wierzy. Nie zamierzam nikomu zaglądać do głowy ani sprawdzać, czy odmawia pacierz przed snem.
Tylko niech nikt nie próbuje mi wmówić, że instytucja zbudowana wokół męskiego kapłaństwa jest przykładem pełnego równouprawnienia.
Mąż jest głową żony. A żona czym?
Otwórzmy List do Efezjan.
W piątym rozdziale żony są wzywane do poddania się mężom, a mąż zostaje nazwany głową żony.
No zajebiście.
Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego niektórzy tak bardzo potrzebują religijnego uzasadnienia dla męskiego przywództwa w rodzinie.
Co właściwie sprawia, że mężczyzna ma być głową?
Posiadanie penisa?
Bo jeśli tak, to gratuluję. Najprostszy system rekrutacji na stanowisko kierownicze w historii ludzkości.
Nie trzeba mieć wykształcenia, rozsądku ani nawet szczególnie dobrze radzić sobie z własnym życiem.
Wystarczy urodzić się mężczyzną.
Oczywiście ktoś zaraz wyskoczy z wyjaśnieniem, że ten sam fragment nakazuje mężom kochać żony, a wcześniej mówi o wzajemnym poddaniu.
Wiem.
Współczesna teologia katolicka nie daje mężowi prawa do traktowania żony jak służącej. Ale sam tekst nadal posługuje się hierarchicznym obrazem małżeństwa.
I właśnie z tym mam problem.
Bo od czasów, w których powstawały te słowa, minęło prawie dwa tysiące lat. Nie musimy udawać, że wszystkie ówczesne wyobrażenia o rodzinie są ponadczasową mądrością.
Kobieto, siedź cicho. Mężczyźni rozmawiają
Pierwszy List do Tymoteusza.
W drugim rozdziale autor nie pozwala kobiecie nauczać ani sprawować zwierzchnictwa nad mężczyzną.
A uzasadnienie?
Adam został stworzony pierwszy.
Przeczytałam to i naprawdę nie wiedziałam, czy bardziej mnie to śmieszy, czy wkurwia.
Jeżeli ktoś urodził się przede mną, to automatycznie ma większe prawo do podejmowania decyzji?
Przecież to absurd.
Owszem, historyczny kontekst ma znaczenie. Nie wszystkie wspólnoty chrześcijańskie rozumieją ten fragment tak samo, a kwestia autorstwa listu pozostaje przedmiotem badań.
Nie zmienia to jednak faktu, że w tekście widać patriarchalne wyobrażenie o społeczeństwie.
Szczególnie trudno mi przejść obojętnie obok myśli, ile kobiet słyszało podobne słowa jako uzasadnienie własnego milczenia.
Kobieta powinna być pokorna. Skromna. Nie wychylać się.
A jeśli ma coś do powiedzenia, najlepiej niech najpierw sprawdzi, czy jakiś mężczyzna nie chciałby powiedzieć tego za nią.
Maryja jest cudowna. Ale do kapłaństwa nie podchodź
Kościół katolicki otacza Maryję szczególną czcią.
Matka Boża, Królowa Nieba, wzór wiary i pokory.
Kobieta wyniesiona na absolutny piedestał.
Tylko że ten piedestał jest dość osobliwy.
Bo kobieta może być symbolem wszystkiego, co najświętsze, ale nie może otrzymać święceń kapłańskich.
Choćby znała Biblię lepiej niż połowa duchownych.
Choćby skończyła teologię z wyróżnieniem i poświęciła całe życie Kościołowi.
Nie i koniec.
Katechizm Kościoła Katolickiego, punkt 1577, zastrzega ważne przyjęcie święceń dla ochrzczonych mężczyzn. Kościół uzasadnia to wyborem apostołów przez Jezusa i tradycją.
I tutaj mam największy problem.
Argument tradycji wyjątkowo dobrze sprawdza się wtedy, gdy trzeba uzasadnić zachowanie kapłaństwa w męskich rękach.
Kobieta może być doktorem Kościoła, ale księdzem już nie.
Może być świętą, ale papieżem nigdy.
A ja mam przyjąć, że to sprawiedliwe, bo kobiety i mężczyźni mają inne powołania.
No kurwa, jakie to wygodne.
Ewa zjadła owoc. Adam najwyraźniej nie miał własnego rozumu
Historia Edenu zawsze mnie zastanawiała.
Ewa daje Adamowi owoc. Adam go zjada.
Oboje łamią zakaz.
A jednak to właśnie postać Ewy przez wieki wykorzystywano jako symbol kobiecej słabości i pokusy.
Ale przecież Adam również dokonał wyboru.
Nie był niemowlęciem. Mógł odmówić.
Bo kobieta go skusiła?
Och, biedny Adam.
Kobieta podała mu owoc i chłop stracił zdolność samodzielnego myślenia.
Brzmi znajomo?
Mnie aż za bardzo.
Podobny sposób przerzucania odpowiedzialności można zauważyć w wymówkach dotyczących zachowań mężczyzn.
Bo źle się ubrała.
Bo prowokowała.
Bo była zbyt atrakcyjna.
Nie twierdzę, że każda z tych wymówek wynika bezpośrednio z biblijnej historii. Widzę jednak wspólny mechanizm: kobieta jako pokusa, mężczyzna jako ten, którego trzeba przed nią chronić.
A mnie od takiego myślenia zwyczajnie mdli.
Facet w sutannie będzie mi tłumaczył, co mam zrobić z własną macicą
Kościelne nauczanie o antykoncepcji, seksie i macierzyństwie to kolejna kwestia, która szczególnie mnie drażni.
Mężczyźni zobowiązani do celibatu przedstawiają wiernym zasady moralne dotyczące życia seksualnego i reprodukcyjnego.
Oczywiście duchowny nie musi mieć dzieci, żeby wypowiadać się o odpowiedzialności rodzicielskiej.
Ale istnieje ogromna różnica między udzielaniem rady a formułowaniem religijnych zakazów dotyczących cudzej intymności.
Zwłaszcza kiedy mówimy o antykoncepcji.
To kobieta może zajść w ciążę. To jej ciało przechodzi zmiany związane z ciążą i porodem. To ona ponosi związane z tym ryzyko zdrowotne.
A ja mam wysłuchiwać, że instytucja religijna lepiej wie, jakie decyzje powinnam podejmować?
Nie, dziękuję.
Moja macica nie jest własnością Watykanu.
Nie jest też przedmiotem parafialnego głosowania.
Nie potrzebuję zgody księdza na antykoncepcję ani jego błogosławieństwa, żeby nie mieć dzieci.
Niech Kościół przedstawia swoje zasady ludziom, którzy chcą według nich żyć. Ale niech nie oczekuje, że wszyscy pozostali uznają je za obowiązujący porządek świata.
Równość, ale pod warunkiem, że nie chodzi o władzę
Wiem, że zaraz znajdzie się ktoś, kto powie, że przesadzam.
Kościół przecież uznaje równą godność kobiet i mężczyzn. Jan Paweł II pisał o wzajemnym poddaniu małżonków, a Franciszek krytykował podporządkowywanie żon mężom.
Wiem.
Tylko co z tego wynika dla kobiety, która chciałaby zostać katolicką kapłanką?
Nic.
Nadal nie może.
I właśnie tutaj kończy się dla mnie cała opowieść o równości.
Można pisać o szacunku, godności i wyjątkowej roli kobiety. Ale jeżeli dostęp do kapłaństwa pozostaje zarezerwowany dla jednej płci, żadne wzniosłe słownictwo tego nie zmieni.
Swoją drogą, uwielbiam tę religijną zdolność ubierania prostych rzeczy w skomplikowane wyjaśnienia.
Kobieta nie może zostać księdzem.
Dlaczego?
Tradycja.
A kto ma najwyższy autorytet w objaśnianiu tej tradycji?
Hierarchia złożona z mężczyzn.
No pięknie.
Nie jestem dodatkiem do żadnego faceta
Nie wiem, dlaczego niektórych tak bardzo przeraża myśl o kobiecie, która nie chce nikomu się podporządkowywać.
Która nie chce męża albo chce, ale nie uważa go za swojego przełożonego.
Która nie planuje dzieci, ma własne poglądy i sama decyduje o swoim życiu.
Dla mnie to wszystko jest normalne.
Nie muszę być czyjąś żoną ani matką, żeby moje życie miało sens.
Nie mam obowiązku być pokorna, delikatna i cicha.
Jeżeli komuś odpowiada tradycyjny model małżeństwa, proszę bardzo. Niech będzie to świadomy wybór, a nie obowiązek narzucony wszystkim za pomocą religijnych argumentów.
Najbardziej irytuje mnie jednak oczekiwanie, że krytykując Kościół, powinnam zachowywać szczególną delikatność wobec jego tradycji.
Dlaczego, do cholery?
Mogę szanować prawo człowieka do wiary i jednocześnie uważać część nauczania jego Kościoła za patriarchalną, przestarzałą i szkodliwą.
Jedno nie wyklucza drugiego.
Nie mam nic przeciwko kobiecie, która świadomie znajduje spełnienie w religii. Mam natomiast bardzo dużo przeciwko przedstawianiu jednej wizji kobiecości jako tej właściwej, ustanowionej przez Boga.
Nie będę przepraszać za to, że nie chcę klękać przed patriarchatem.
Wiek jakiejś zasady nie czyni jej automatycznie mądrą, a sutanna nie daje nikomu monopolu na moralność.
Kościół może opowiadać o równej godności kobiet jeszcze przez następne tysiąc lat.
Ja nadal będę patrzeć na to, kto może zostać księdzem, biskupem i papieżem.
I dopóki odpowiedź brzmi „wyłącznie mężczyzna”, dopóty będę miała powód, żeby pytać o tę jego cholerną równość.

Skomentuj