Gaahl — człowiek, który patrzy inaczej.

Są ludzie, których słucha się dla muzyki.

Są też tacy, których po pewnym czasie zaczyna się słuchać nawet wtedy, kiedy akurat nie śpiewają.

Gaahl należy dla mnie do tej drugiej kategorii.

Nie dlatego, że uważam każde jego zdanie za prawdę objawioną. Nie potrzebuję kolejnego człowieka, którego można postawić na piedestale i bezmyślnie przytakiwać wszystkiemu, co mówi.

Fascynuje mnie coś innego.

Sposób, w jaki patrzy.

Kiedy słucham jego wywiadów, często mam wrażenie, że dziennikarz pyta o jedną rzecz, a Gaahl po chwili jest już kilka warstw głębiej. Pytanie może dotyczyć muzyki albo tekstów, a odpowiedź zaczyna zahaczać o wolność, naturę, indywidualizm, intuicję czy sposób przeżywania sztuki.

I właśnie wtedy najbardziej mnie wciąga.

Nie gatunek. Człowiek.

Jedna z jego wypowiedzi bardzo dobrze pokazuje to, co najbardziej interesuje mnie w jego podejściu do black metalu:

„Prezentowanie wewnętrznego ‘ja’. Silnego indywidualizmu.”

I właśnie to mnie zatrzymało.

Nie brzmienie. Nie corpse paint. Nie jakiś zestaw zasad, według których ktoś jest jeszcze „prawdziwy”, a ktoś już nie.

Wewnętrzne „ja”. Indywidualizm.

To jest dla mnie dużo ciekawsze niż cała powierzchowna otoczka gatunku.

Gaahl nieraz wracał też do tego, że dawna scena była bardziej wolna i indywidualistyczna, a z czasem część środowiska po prostu zaczęła odtwarzać kolejny schemat.

I to jest trochę absurdalne.

Muzyka zbudowana na sprzeciwie wobec cudzych zasad sama potrafi stworzyć własny kodeks tego, jak masz wyglądać, co masz myśleć i jak masz się zachowywać, żeby ktoś uznał cię za wystarczająco „prawdziwego”.

Gaahl wyraźnie mnie interesuje właśnie dlatego, że nie daje się w to łatwo zamknąć.

„Być całkowicie sobą”

W jednym z wywiadów zapytano go, co daje mu największą siłę.

Odpowiedział:

„Być całkowicie sobą.”

Kilka słów.

A jednak zostają w głowie.

Bo można godzinami mówić o wolności, autentyczności, niezależności i byciu wiernym sobie, a można powiedzieć właściwie tylko tyle.

Być sobą.

Nie wersją siebie stworzoną dla rodziny, dla społeczeństwa, dla sceny muzycznej czy pod cudze oczekiwania.

Sobą.

I mam wrażenie, że ten motyw bardzo często wraca w jego wypowiedziach, nawet kiedy nie mówi o nim wprost.

Satan. Freedom.

Jest oczywiście scena, którą zna chyba każdy, kto choć trochę interesował się Gaahlem.

Metal: A Headbanger’s Journey.

Pytanie o to, co inspiruje muzykę.

Odpowiedź:

„Satan.”

Potem pytanie, co Satan dla niego reprezentuje.

„Freedom.”

I tutaj już kompletnie odpada mi chłodna analiza.

Kiedy pierwszy raz oglądałam ten wywiad, miałam ciary.

Nie przez same odpowiedzi. Przez wszystko naraz.

Sposób, w jaki siedzi. Ten jego spokój. Długie pauzy. To patrzenie na rozmówcę, zanim w ogóle zdecyduje się odpowiedzieć. Głos bez podnoszenia tonu, bez potrzeby robienia wokół siebie przedstawienia.

I jeszcze to wino.

Siedzi, milczy, spokojnie pije i odpowiada niemal półsłówkami, jakby w ogóle nie obchodziło go, czy ktoś uzna tę scenę za dziwną, pretensjonalną albo kompletnie absurdalną.

Patrzyłam na to i naprawdę miałam w głowie:

czy ja do reszty oszalałam, czy serio to widzę?

Czy ten wywiad naprawdę się odbył?

Czy on naprawdę tak odpowiedział?

Bo wszystko tam pasuje aż za dobrze.

Ten mrok, cisza, wino, jedna odpowiedź, potem pauza i kolejna.

To wygląda niemal jak scena wymyślona po latach przez kogoś, kto chciał stworzyć najbardziej „gaahlową” wersję Gaahla.

Tylko że to naprawdę się wydarzyło.

I wtedy bardzo łatwo zrozumieć, skąd wziął się wokół niego ten niemal mityczny wizerunek.

Samo „Satan. Freedom.” wyrwane z kontekstu brzmi oczywiście bardzo teatralnie. Ale kiedy później słucha się jego innych wypowiedzi, widać, że dla niego nie chodzi po prostu o chrześcijańskiego diabła.

Bardziej o sprzeciw wobec ograniczania człowieka.

O własną wolę.

O możliwość rozwoju.

O niepodporządkowanie własnej natury cudzym nakazom.

I wtedy te dwa słowa zaczynają znaczyć trochę więcej niż tylko efektowny fragment dokumentu.

Nie dawaj ludziom helikoptera

Jedna z moich ulubionych wypowiedzi Gaahla dotyczy jego niechęci do dokładnego tłumaczenia własnych tekstów.

Powiedział:

„Jeśli chcesz dostać się na szczyt góry, musisz wejść na tę górę.”

I to jest cholernie dobre.

Nie helikopterem.

Nie skrótem.

Masz przejść drogę.

Lubię to zdanie też dlatego, że można je spokojnie wyciągnąć daleko poza muzykę.

Mamy dziś obsesję wyjaśniania wszystkiego.

Końcówka filmu musi zostać rozebrana na części. Ktoś ma powiedzieć, o czym „naprawdę” była piosenka. Obraz trzeba rozszyfrować, a najlepiej jeszcze dostać od autora instrukcję, co dokładnie miałeś poczuć.

A tu podejście jest właściwie odwrotne.

Idź sam.

Zobacz, co z tego wyciągniesz.

Może dojdziesz gdzie indziej niż twórca.

I może właśnie o to chodzi.

Sztuka nie potrzebuje instrukcji obsługi

W jednej z rozmów pojawia się też myśl, która bardzo pasuje do całego jego podejścia:

„Sztuka nie powinna być tłumaczona. Powinna być przeżywana.”

I tu akurat rozumiem go wyjątkowo dobrze.

Sztuka nie jest instrukcją obsługi.

Nie musi mieć jednej prawidłowej interpretacji i chyba nawet traci coś wtedy, kiedy ktoś próbuje ją do jednej interpretacji przywiązać na siłę.

Można stanąć przed obrazem i zobaczyć w nim coś kompletnie innego niż człowiek stojący obok.

Można wrócić do tej samej płyty po latach i nagle usłyszeć w niej coś, czego wcześniej w ogóle nie było się w stanie dostrzec.

Dla mnie właśnie to jest ciekawe.

Nie dostawanie odpowiedzi od autora, tylko własne dochodzenie do tego, co dana rzecz we mnie uruchamia.

Jedną nogą w obu światach

Jest jeszcze jedna wypowiedź, którą bardzo lubię.

Zapytano go kiedyś, czy podczas występu znajduje się jakby w „innym świecie”.

Gaahl odpowiedział:

„Mam jedną nogę w obu światach.”

I brzmi to dokładnie jak coś, co mógł powiedzieć tylko on.

Trochę malarz. Trochę muzyk. Człowiek mocno osadzony w konkretnym miejscu i naturze, a jednocześnie ktoś, kto cały czas funkcjonuje też we własnym świecie wewnętrznym.

Nie powiedziałabym nawet, że jest mistykiem w klasycznym, religijnym sensie.

Bardziej fascynuje mnie w nim ten rodzaj myślenia, w którym nie wszystko trzeba od razu nazwać, rozebrać na części i zamknąć w definicji.

Czasem coś może po prostu zostać nie do końca wyjaśnione.

I chyba nawet lepiej.

Intuicja

Z wiekiem Gaahl najwyraźniej coraz bardziej pozwala sobie też na intuicję.

Mówił o tym, że kiedyś był w procesie tworzenia bardziej rygorystyczny, a dziś częściej pozwala rzeczom rozwijać się we własnym kierunku.

To też mnie ciekawi, bo zwykle myśli się odwrotnie.

Młody artysta ma być spontaniczny, starszy uporządkowany.

A tutaj wygląda to trochę tak, jakby z czasem pojawiła się większa zgoda na przypadek, zmianę kierunku i na to, że nie wszystko trzeba kontrolować.

Czasami właśnie coś, co miało przeszkadzać, prowadzi do czegoś lepszego.

Gaahl poza Gaahlem

I chyba dlatego drażni mnie, kiedy Gaahl zostaje sprowadzony do kilku obrazków.

Gorgoroth.

Wino.

„Satan”.

Corpse paint.

Kontrowersje.

Bo to jest tylko najbardziej widoczna warstwa.

Mnie dużo bardziej interesuje człowiek pod nią.

Człowiek, który maluje. Który potrafi długo milczeć przed odpowiedzią. Który nie ma potrzeby tłumaczyć odbiorcy każdej rzeczy do końca. Który mówi o sztuce jak o doświadczeniu, a nie produkcie z instrukcją.

I który czasem powie kilka słów, po których ja jeszcze długo się zastanawiam, co właściwie w nich było.

Nie zgadzam się automatycznie ze wszystkim, co Gaahl kiedykolwiek powiedział.

I chyba właśnie dobrze.

Bezmyślne zgadzanie się ze wszystkim byłoby przecież kompletnym zaprzeczeniem tego, co sam mówi o indywidualizmie.

Ale niewielu artystów sprawia, że po obejrzeniu wywiadu mam ochotę nie tylko odpalić ich płytę.

Mam ochotę jeszcze chwilę siedzieć i myśleć.

I właśnie dlatego tak mnie fascynuje.

Nie dlatego, że daje mi gotowe odpowiedzi.

Bardziej dlatego, że po nim zaczynam inaczej patrzeć na pytania.

Skomentuj