Dwanaście lat, szaleńcze zauroczenie gitarzystą, industrial, cyberpunk i jeden utwór, który przez lata uważałam za miłosne gówno. Z Dope Stars Inc. mam historię, której nie sposób opowiedzieć bez kilku osobistych kompromitacji.
Wszystko zaczęło się od Fabrice’a
Miałam dwanaście lat, kiedy zainteresowałam się Dope Stars Inc.
I nie będę tutaj udawać, że od początku fascynowała mnie przede wszystkim produkcja muzyczna, aranżacje czy skomplikowane połączenie elektroniki z gitarami.
Byłam szaleńczo zakochana w Fabrice’u La Nuit.
Tak, w gitarzyście.
Ten facet wyglądał w moich oczach absolutnie obłędnie. Długie włosy, mroczna estetyka, gitara i ten charakterystyczny wygląd, na który do dzisiaj mam cholerną słabość.
Najwyraźniej pewne rzeczy się nie zmieniają.
Dzisiaj wspominam to z rozbawieniem. Dwunastoletnia dziewczyna zakochana w muzyku, którego znała wyłącznie ze zdjęć i nagrań. Klasyka nastoletnich fascynacji.
Tylko że z Dope Stars Inc. wydarzyło się coś, czego chyba wtedy nie przewidywałam.
Zauroczenie przestało być najważniejsze, natomiast muzyka została ze mną na kilkanaście lat.
I nadal nie zamierza sobie pójść.
Elektronika, brud i włoski cyberpunk
Dope Stars Inc. powstał w Rzymie w 2003 roku. Zespół założyli Victor Love, Darin Yevonde, Grace Khold i Brian Wolfram.
Od początku ich twórczość stanowiła mieszankę industrial rocka, metalu, elektroniki i cyberpunkowej estetyki.
Niektórym słuchaczom może wydawać się to kompletnym gatunkowym chaosem.
Mnie akurat bardzo odpowiada.
Nie cierpię przekonania, że każdy zespół musi trzymać się jednej szuflady, bo inaczej przyjdzie jakaś samozwańcza komisja autentyczności muzycznej i odbierze mu prawo do używania gitar.
Dope Stars Inc. najwyraźniej nie przejmował się takimi ograniczeniami.
Elektroniczne rytmy, przesterowane gitary, syntezatory, chwytliwe melodie i charakterystyczny głos Victora Love’a stworzyły brzmienie, którego trudno pomylić z czymkolwiek innym.
Momentami mam wrażenie, jakby ktoś wrzucił grupę rockowych muzyków do futurystycznej fabryki, zamknął drzwi i pozwolił im zrobić najgłośniejszy możliwy rozpierdol.
I cholera, właśnie to lubię.
Pierwsza EP-ka, „10.000 Watts of Artificial Pleasures”, ukazała się w 2003 roku. Później pojawiły się „Neuromance”, „Gigahearts”, „21st Century Slave”, „Ultrawired” i „TeraPunk”.
Każda z tych płyt pokazuje trochę inne oblicze zespołu, choć charakterystyczna cyberpunkowa estetyka pozostaje jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych elementów.
Victor Love. Znacznie więcej niż wokalista
W centrum Dope Stars Inc. od początku znajdował się Victor Love.
Wokalista, gitarzysta, kompozytor i producent, który odgrywał kluczową rolę w kształtowaniu brzmienia grupy.
Cenię muzyków, którzy rzeczywiście angażują się w proces tworzenia nagrań, a nie ograniczają swojej działalności do efektownego pozowania przed kamerą.
Nie oznacza to, że każdy wokalista musi samodzielnie produkować albumy. Muzyka bardzo często jest wynikiem pracy wielu osób.
Ale w przypadku Victora technologia nie jest jedynie tematem tekstów i elementem scenicznego wizerunku.
To także narzędzie tworzenia.
W jego podejściu podoba mi się sposób łączenia elektroniki z cięższym, gitarowym brzmieniem. Nie mam poczucia, że któryś z tych elementów został dorzucony wyłącznie dla ozdoby.
Wszystko tworzy jedną, momentami agresywną, a chwilami zaskakująco melodyjną całość.
Nie każdemu musi się to podobać.
Mnie się podoba i nie potrzebuję do tego bardziej wyrafinowanego uzasadnienia.
„TeraPunk”. Cholernie często do niego wracam
Album „TeraPunk” ukazał się w 2015 roku i jest jedną z tych płyt, które regularnie wracają do moich głośników.
Nie dlatego, że uważam każdy utwór za arcydzieło.
Po prostu uwielbiam tę energię.
„It’s Going to Rain for You”, „Many Thanks”, „Don’t Wanna Know”, „Take It” czy „Do It Yourself” świetnie pokazują charakterystyczne połączenie gitarowego rocka i elektroniki.
Momentami jest agresywnie, momentami niemal tanecznie.
Całość ma w sobie coś bezczelnego, co trudno mi jednoznacznie zdefiniować, ale bardzo łatwo rozpoznać.
Nie mam zamiaru rozkładać tego albumu na czynniki pierwsze tylko po to, żeby udowodnić, że mój gust muzyczny ma wystarczająco intelektualne podstawy.
Czasami po prostu chcę włączyć „TeraPunk”, zwiększyć głośność i cieszyć się muzyką.
Czy naprawdę potrzeba czegoś więcej?
„It’s Today”. Trzech facetów i jeden cholernie dobry teledysk
Jest jeszcze „It’s Today” z albumu „21st Century Slave”.
Jeden z moich ulubionych utworów Dope Stars Inc.
Ale w tym przypadku sama muzyka to dopiero połowa historii.
Od lat dosłownie wariuję na punkcie teledysku do tej piosenki. I najwyraźniej nic mi nie przeszło, bo kiedy oglądam go dzisiaj, reakcja jest praktycznie taka sama.
Fabrice La Nuit wygląda tam jak pieprzony bóg.
Naprawdę.
Ten facet mógłby po prostu stać przed kamerą, a ja prawdopodobnie i tak oglądałabym klip z identyczną fascynacją.
Tyle że pozostali dwaj panowie absolutnie od niego nie odstają.
Cała trójka wygląda tak obłędnie, że za każdym razem mam dokładnie ten sam problem.
Który z nich podoba mi się najbardziej?
I wiecie co?
Pierdolę wybieranie.
To jest dokładnie takie trio, z którym z przyjemnością poszłabym na randkę. Ze wszystkimi trzema, bez konieczności podejmowania jakiejkolwiek decyzji.
Bo niby dlaczego miałabym ograniczać się do jednego?
Oczywiście jest to całkowicie subiektywne spojrzenie. Ktoś inny obejrzy teledysk i zobaczy po prostu trzech muzyków.
Ja widzę trzech cholernie atrakcyjnych facetów, świetną estetykę i jeden z tych klipów, do których mogę wracać bez końca.
Nie będę udawać bezstronnej recenzentki.
Uwielbiam „It’s Today” muzycznie, ale teledysk ma dla mnie również zaletę, która z muzyką ma stosunkowo niewiele wspólnego.
I po kilkunastu latach nadal jestem na nią kompletnie nieodporna.
Cyberpunk przestał być tylko fikcją
Jedną z ciekawszych rzeczy w twórczości Dope Stars Inc. jest cyberpunkowa wizja rzeczywistości.
Technologia, cyfrowy świat, korporacje, uzależnienie od systemów i człowiek próbujący odnaleźć się w coraz bardziej sztucznym otoczeniu.
Kiedy miałam dwanaście lat, futurystyczna estetyka po prostu mi się podobała.
Dzisiaj patrzę na nią trochę inaczej.
Sama tworzę blog internetowy, korzystam z technologii i doceniam możliwości, które daje niezależnym autorom.
Ale jednocześnie mam serdecznie dość świata, w którym wartość twórczości coraz częściej próbuje się mierzyć liczbą polubień.
Można poświęcić kilkanaście lat na tworzenie muzyki, a i tak otrzymać mniej uwagi niż ktoś, kto nagrał przypadkowy kilkunastosekundowy filmik.
Nie oznacza to, że popularność internetowa jest czymś złym.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy staje się jedynym wyznacznikiem sukcesu.
I właśnie dlatego cyberpunkowy świat Dope Stars Inc. wydaje mi się obecnie ciekawszy niż wtedy, gdy odkrywałam ich jako dziecko.
Kiedyś wyglądał na futurystyczną fantazję.
Dzisiaj niektóre jego elementy wydają się niepokojąco znajome.
„Just the Same for You”. Jednorożec rzygający tęczą
Niedawno odpaliłam „Just the Same for You” z albumu „Gigahearts”.
Pierwszy raz od pięciu lat.
I muszę przyznać, że trochę mnie to zaskoczyło.
Kiedyś miałam do tej piosenki bardzo konkretny stosunek.
Miłosne gówno.
Jednorożec rzygający tęczą.
Tak właśnie ją określałam.
Nie chodziło o to, że uważałam utwór za źle napisany czy nieudolnie wykonany. Drażniła mnie jego emocjonalność.
Było w nim dla mnie zdecydowanie za dużo romantyzmu. Nie tego szukałam w muzyce, którą uwielbiałam za agresję, industrialny brud i elektroniczną energię.
Nie miałam ochoty słuchać miłosnych wyznań.
I przez pięć lat skutecznie omijałam ten kawałek.
Aż w końcu, zupełnie po latach, postanowiłam do niego wrócić.
Włączyłam.
Słuchałam.
I coś mi przestało pasować.
Tylko nie w piosence. We własnej wcześniejszej ocenie.
Bo utwór nadal był dokładnie taki sam. Nikt nie dorzucił brutalniejszych gitar, nie usunął romantycznych fragmentów ani nie przerobił go na coś cięższego.
Zmienił się sposób, w jaki go odbieram.
Cała ta emocjonalność, która kiedyś działała mi na nerwy, nagle zaczęła mnie intrygować.
Zainteresowało mnie, jak została przedstawiona, jak współgra z muzyką i dlaczego właściwie wcześniej tak bardzo mi przeszkadzała.
I nie, nie oznacza to, że nagle zaczęłam uwielbiać romantyczne piosenki.
Bez przesady, kurwa.
Nie zamierzam też ogłaszać wielkiego duchowego przebudzenia, bo spodobał mi się jeden emocjonalny utwór.
Po prostu zorientowałam się, że coś, co kiedyś wydawało mi się nieznośnie słodkie, dzisiaj potrafi przyciągnąć moją uwagę.
To chyba jedna z ciekawszych rzeczy w wieloletnim słuchaniu muzyki.
Nie zawsze zmieniają się nasze ulubione zespoły.
Czasami zmienia się tylko sposób, w jaki słyszymy ich utwory.
A jednorożec?
Niech sobie dalej rzyga tęczą.
Najwyraźniej przestało mi to przeszkadzać.
Nie samym black metalem człowiek żyje
Moje zainteresowania muzyczne od dawna krążą wokół cięższych i mroczniejszych brzmień.
Black metal ma w nich szczególne miejsce, ale nigdy nie ograniczałam się do jednego gatunku.
Industrial, elektronika, rock, metal — jeżeli coś mi się podoba, nie potrzebuję zgody żadnej muzycznej komisji, żeby tego słuchać.
Nie muszę wybierać pomiędzy norweskim black metalem a futurystyczną elektroniką włoskiego zespołu.
Mogę lubić jedno i drugie.
Dope Stars Inc. zajmuje w tym wszystkim szczególne miejsce. Nie dlatego, że uważam ich za zespół pozbawiony wad. Nie zamierzam stawiać muzykom pomników tylko dlatego, że lubię ich twórczość.
Po prostu towarzyszą mi od bardzo dawna.
A Fabrice?
Czasami zastanawiam się, co powiedziałaby dwunastoletnia ja, gdyby dowiedziała się, że po tylu latach nadal będę słuchać Dope Stars Inc.
Podejrzewam, że najbardziej interesowałoby ją, czy Fabrice nadal mi się podoba.
I nie jestem pewna, czy byłaby szczególnie zainteresowana moimi rozważaniami o cyberpunku, produkcji muzycznej i Victorze Love’ie.
Na szczęście człowiek z wiekiem zaczyna zwracać uwagę na trochę więcej rzeczy niż atrakcyjna twarz i długie włosy.
Choć akurat z tych ostatnich najwyraźniej nigdy nie wyrosłam.
Dzisiaj mam z Dope Stars Inc. znacznie więcej wspólnego niż tylko wspomnienie nastoletniego zauroczenia.
Wracam do „TeraPunk”, uwielbiam „It’s Today”, a niedawne ponowne spotkanie z „Just the Same for You” pokazało mi, że nawet piosenka, którą przez lata uważałam za miłosne gówno, potrafi stać się interesująca.
Nie zamierzam twierdzić, że Dope Stars Inc. zmienił moje życie. Nie potrzebuję tak wielkich deklaracji.
Wystarczy, że po tylu latach nadal mam ochotę włączać ich muzykę.
A jeśli chodzi o Fabrice’a La Nuit…
Cóż.
Przynajmniej mogę powiedzieć, że miałam całkiem niezły gust już w wieku dwunastu lat.

Skomentuj