Heavy metal miał sprowadzać demony, „Thriller” Michaela Jacksona wywołał religijne kontrowersje, a mnie próbowano namówić do studiowania Biblii ze Świadkami Jehowy. Jest tylko jeden problem. Nie mam zamiaru rezygnować z muzyki, tatuaży i własnego życia w zamian za obietnicę raju, w którego istnienie nie wierzę.
Demony podobno lubią heavy metal
Wyobraźmy sobie nastolatka, który wraca do domu, zamyka drzwi pokoju i odpala ulubiony album. Może Gorgoroth, może Behemoth, a może zwyczajnie ma ochotę posłuchać czegoś cięższego.
Dla niego to muzyka. Gitary, perkusja, teksty i emocje.
Ale według pewnych religijnych interpretacji sprawa nie jest taka prosta. Bo co, jeśli razem z muzyką do pokoju wprowadzi się Szatan?
Może siedzi sobie w głośniku i cierpliwie czeka na pierwszy gitarowy riff?
Brzmi idiotycznie, ale wystarczy zajrzeć do archiwalnych publikacji Świadków Jehowy, żeby zobaczyć, jak poważnie traktowano podobne zagrożenia.
W „Strażnicy” z 15 kwietnia 1993 roku ukazał się artykuł „Wystrzegaj się szkodliwej muzyki!”. Ostrzegano w nim przed określonymi treściami obecnymi między innymi w heavy metalu, rapie i ekstremalnych odmianach muzyki rockowej.
Najbardziej zainteresowała mnie historia młodego chrześcijanina, który miał twierdzić, że słuchanie thrash metalu wpłynęło na jego osobowość. Według przytoczonej relacji zaczęły go później nękać demony, a problem miał ustąpić po pozbyciu się płyt.
Przeczytałam to i pomyślałam: ja pierdolę, naprawdę?
Jeżeli ktoś doświadcza czegoś niepokojącego, można potraktować jego przeżycia poważnie, poszukać przyczyn i w razie potrzeby profesjonalnej pomocy. Ale dlaczego od razu zakładać, że za wszystkim stoją demony, które najwyraźniej nie przepadają za porządkowaniem kolekcji płyt?
Nie istnieją naukowe dowody, że słuchanie thrash metalu sprowadza istoty nadprzyrodzone. Religijna interpretacja czyichś przeżyć pozostaje interpretacją, nawet jeśli zostanie wydrukowana w czasopiśmie.
A mnie najbardziej niepokoi to, że podobne historie mogą wywoływać strach u młodych ludzi, którzy dopiero uczą się samodzielnie oceniać otaczający ich świat.
Gorgoroth, Behemoth, Satyricon. To czego, kurwa, mam słuchać?
Mam w rodzinie Świadków Jehowy. Znam ich przekonania nie tylko z internetu. Czytałam publikacje organizacji i Biblię w Przekładzie Nowego Świata. Znam również różnice pomiędzy tym przekładem a innymi tłumaczeniami.
Próbowano namawiać mnie do rozpoczęcia studium Biblii.
I wiecie, jaka była jedna z pierwszych myśli, kiedy pomyślałam o ich podejściu do muzyki?
Że co, kurwa? Gorgorotha mam nie słuchać? Behemotha też? Satyricon zakazany?
Może jeszcze powinnam wyrzucić płyty, usunąć ulubione zespoły z playlist i zacząć słuchać wyłącznie tego, co ktoś uzna za duchowo odpowiednie?
Pojebani.
Sam pomysł, że miałabym dostosować własny gust muzyczny do religijnych oczekiwań, jest dla mnie kompletnie niedorzeczny.
Gorgoroth wykorzystuje antychrześcijańską i satanistyczną symbolikę. Behemoth prowokuje religijnie, a Satyricon wywodzi się z norweskiej sceny blackmetalowej.
I co z tego?
Słucham tych zespołów, bo lubię ich muzykę. Interesują mnie teksty, historia, estetyka i ludzie, którzy ją tworzą. Nie potrzebuję organizacji religijnej, która będzie oceniać, czy moje zainteresowania są wystarczająco moralne.
Jeżeli ktoś z powodu własnej wiary nie chce słuchać black metalu, proszę bardzo. Nie mam zamiaru zmuszać go do kupowania płyt Gorgorotha.
Ale dlaczego miałabym rezygnować z nich ja?
Nie podzielam przekonań Świadków Jehowy i nie mam najmniejszej ochoty czuć się winna dlatego, że włączyłam sobie „Sign of an Open Eye”.
Oficjalnie nie zabraniają. Tylko czy naprawdę dają wybór?
Świadkowie Jehowy deklarują, że nie prowadzą listy zakazanych wykonawców, piosenek czy filmów.
I dobrze, zaznaczmy to wyraźnie.
Nie ma oficjalnego wykazu, na którym ktoś wypisał Gorgorotha, Behemotha i Satyricon, a obok postawił wielki czerwony krzyżyk.
Jednocześnie organizacja publikuje materiały wskazujące, jak wierni powinni oceniać rozrywkę. Ostrzega przed okultyzmem, przemocą i treściami uznawanymi za niemoralne. W materiałach do studium Biblii pojawia się nawet lekcja zatytułowana „Wybieraj rozrywkę, która podoba się Jehowie”.
I właśnie tu widzę problem.
Bo czy naprawdę trzeba komuś powiedzieć wprost „zabraniam ci słuchać tej płyty”, żeby wywołać przekonanie, że jej słuchanie jest czymś złym?
Jeżeli przez lata słyszysz, że określona muzyka może zaszkodzić twojej duchowości, zaczynasz patrzeć na własne zainteresowania przez pryzmat religijnych oczekiwań.
Oczywiście nie każda rodzina Świadków Jehowy stosuje identyczne ograniczenia. Jedni rodzice mogą być bardziej rygorystyczni, inni mniej.
Ale dla mnie już sam pomysł oceniania muzyki według tego, czy podoba się Jehowie, jest nie do przyjęcia.
Nie chcę zadawać sobie tego pytania.
Chcę słuchać tego, co podoba się mnie.
Michael Jackson. Nawet zombie okazały się problemem
Historia Michaela Jacksona jest pod tym względem szczególnie interesująca.
Jackson przez wiele lat był związany ze Świadkami Jehowy i uczestniczył w ich działalności religijnej.
W 1983 roku świat zobaczył „Thriller”.
Teledysk, który przeszedł do historii muzyki popularnej. Zombie, makijaż, taniec, elementy horroru i fantastyczna opowieść.
Dla milionów ludzi była to rozrywka.
W religijnym otoczeniu Jacksona pojawiły się jednak zastrzeżenia dotyczące okultystycznych motywów klipu.
W maju 1984 roku „Przebudźcie się!” przytoczyło wypowiedzi artysty, w których dystansował się od interpretowania teledysku jako poparcia dla okultyzmu.
Według późniejszych relacji osób pracujących nad produkcją Jackson miał nawet rozważać zniszczenie materiałów filmowych z powodu obaw związanych z reakcją środowiska religijnego.
Wyobraźcie to sobie.
Michael Jackson, jeden z najważniejszych artystów muzyki popularnej, mierzy się z religijnymi kontrowersjami dotyczącymi fikcyjnych zombie.
I ja naprawdę nie potrafię pojąć, dlaczego niektórzy traktują horror jak zagrożenie duchowe.
Przecież aktor w charakteryzacji nie staje się demonem. Zombie nie wychodzą z ekranu, a teledysk muzyczny nie jest automatycznie rytuałem okultystycznym.
W 1987 roku Jackson przestał należeć do Świadków Jehowy. Nie ma jednak podstaw, żeby sprowadzać jego odejście wyłącznie do konfliktu wokół „Thrillera”.
Dla mnie najciekawsze pozostaje coś innego: jak daleko może sięgać konflikt pomiędzy wolnością artystyczną a oczekiwaniami środowiska religijnego.
Bo skoro nawet „Thriller” był problemem, to aż strach pomyśleć, jak zareagowano by na „The Satanist” Behemotha.
Moja rodzina nadal liczy, że zostanę Świadkiem Jehowy
I tutaj dochodzimy do czegoś znacznie bardziej osobistego.
Część mojej rodziny nadal ma nadzieję, że któregoś dnia zostanę Świadkiem Jehowy.
Najwyraźniej gdzieś z tyłu głowy wciąż istnieje przekonanie, że kiedyś zmienię zdanie, zainteresuję się ich religią i uznam, że właśnie tak powinnam żyć.
No to mam wiadomość.
Nie doczekacie się.
Nie zamierzam rezygnować z metalu, tatuaży, piercingu, koncertów i własnego światopoglądu w zamian za obietnicę wiecznego życia w raju, w którego istnienie zwyczajnie nie wierzę.
Nie chcę analizować, czy mój wygląd albo zainteresowania pasują do religijnych oczekiwań. Mam swoje życie i nie interesuje mnie uzyskiwanie na nie niczyjej duchowej zgody.
A już na pewno nie zamierzam oddawać nikomu prawa do wybierania mi muzyki.
Raj bez metalu? To ja pierdolę taki raj
Ale pójdźmy jeszcze dalej.
Załóżmy na chwilę, że raj obiecywany przez Świadków Jehowy rzeczywiście istnieje. Świat bez cierpienia, chorób i śmierci, w którym ludzie mają żyć wiecznie.
Brzmi pięknie?
Być może.
Tylko że natychmiast nasuwa mi się jedno pytanie.
Co to, kurwa, za raj, jeśli nie mogłabym być w nim sobą?
Bez Gorgorotha, Behemotha, Nergala, koncertów, dziar, kolczyków i możliwości powiedzenia Świadkom Jehowy, co naprawdę myślę o narzucaniu religijnych ograniczeń?
Mam spędzić wieczność w miejscu, w którym nie mogę słuchać ulubionej muzyki, wyglądać tak, jak chcę, ani wyrażać własnych poglądów?
Przecież to brzmi, jakbym odbywała dożywotnią karę w więzieniu o zaostrzonym rygorze, a nie przebywała w pieprzonym raju.
Jeszcze tylko brakuje regulaminu, kontroli osobistej i starszego zboru sprawdzającego, czy przypadkiem nie przemyciłam płyty Gorgorotha.
Wiem, że Świadkowie Jehowy nie publikują listy zespołów zakazanych w przyszłym raju. To moja ironiczna wizja życia według zasad, których nie akceptuję, a nie dosłowny opis ich nauczania.
Ale właśnie o to mi chodzi.
Jeżeli ceną za wieczne szczęście miałoby być podporządkowanie mojego życia cudzym religijnym oczekiwaniom, to ja serdecznie pierdolę takie szczęście.
Nie chcę wieczności, za którą musiałabym zapłacić rezygnacją z własnej tożsamości.
Wolę smażyć się w piekle z Lemmym
Jeśli alternatywą dla tak wyobrażonego raju miałoby być piekło, wolę smażyć się tam z Lemmym Kilmisterem.
Przynajmniej byłaby dobra muzyka.
Można by posłuchać Motörhead, pogadać o rock’n’rollu i nie zastanawiać się, czy właśnie jakiś gitarowy riff obraził Jehowę.
Oczywiście wiem, że Świadkowie Jehowy nie wierzą w piekło jako miejsce wiecznych tortur. Według ich nauczania zmarli nie cierpią świadomie w ogniu.
Moje smażenie się z Lemmym jest więc metaforą, a nie opisem ich doktryny.
Ale nie zamierzam udawać, że wizja wieczności podporządkowanej religijnym zasadom jest dla mnie atrakcyjna.
Wolę własne życie, nawet jeśli jest skończone, niż obietnicę nieskończonego istnienia, w którym musiałabym udawać kogoś innego.
Nie każdy musi słuchać metalu
Nie mam problemu z tym, że ktoś wierzy w Jehowę.
Nie musi słuchać Gorgorotha, chodzić na koncerty ani robić sobie tatuaży. Jeżeli chce żyć według zasad własnej religii, ma do tego prawo.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy próbuje przekonać innych, że ich muzyka, wygląd czy zainteresowania wymagają naprawienia.
Bo niby dlaczego?
Można krytykować teksty piosenek, poglądy muzyków i konkretne zachowania artystów. Sama robię to na Hrafnrit.
Ale jest zasadnicza różnica pomiędzy krytyką twórczości a przekonywaniem człowieka, że muzyka zagraża jego duszy.
Nie potrzebuję demonów czających się za każdym albumem blackmetalowym ani religijnego autorytetu, który zdecyduje, czy wolno mi słuchać ulubionego zespołu.
I nie mam ochoty udawać, że takie podejście jest dla mnie rozsądne.
Na zakończenie
Publikacje Świadków Jehowy pokazują, jak mocno muzyka może zostać powiązana z religijną oceną moralności.
Historia o demonach ustępujących po wyrzuceniu płyt, kontrowersje wokół „Thrillera” i współczesne materiały o wybieraniu rozrywki podobającej się Jehowie to dla mnie wystarczające powody, żeby zdecydowanie odrzucić takie podejście do kultury.
Nie oczekuję, że każdy będzie słuchał metalu.
Oczekuję natomiast, że nikt nie będzie próbował urządzać mi życia według własnych religijnych przekonań.
Moja rodzina może mieć nadzieję, że kiedyś zmienię zdanie.
Ale ja nie potrzebuję religijnego raju. Szczególnie takiego, który w moim wyobrażeniu bardziej przypomina więzienie o zaostrzonym rygorze niż miejsce wiecznego szczęścia.
A jeśli miałabym wybierać pomiędzy takim rajem a metaforycznym piekłem z Lemmym Kilmisterem…
Cóż. Odpalajcie Motörhead.

Skomentuj