King Diamond. Diabeł na scenie, wolność w głowie.

Wyobraź sobie człowieka w czarnym cylindrze, z twarzą pomalowaną na biało i czarno, odwróconymi krzyżami i mikrofonem, do którego chwilami bardziej wrzeszczy, niż śpiewa. Na scenie pojawiają się trumny, kości, świece i elementy scenografii przypominające wyposażenie wyjątkowo zaniedbanego domu pogrzebowego.

Teraz wyobraź sobie, że ten sam człowiek siada do wywiadu i zaczyna spokojnie tłumaczyć, dlaczego nikt nie powinien narzucać innym swoich przekonań.

Poznajcie Kinga Diamonda.

Dla jednych legendę heavy metalu, dla innych satanistyczne zagrożenie, które najlepiej byłoby egzorcyzmować jeszcze przed rozpoczęciem koncertu.

A dla mnie jednego z ciekawszych przykładów tego, jak bardzo można pomylić wygląd człowieka z jego sposobem myślenia.

Przyznaję, że lubię ten kontrast. Wystarczy cylinder, makijaż i odwrócony krzyż, żeby część ludzi zobaczyła w artyście wysłannika piekieł. Później ten rzekomy demon zaczyna mówić o wolności jednostki i szacunku dla cudzych poglądów, a religijni obrońcy moralności nadal nie potrafią pogodzić się z jego istnieniem.

I kto tu właściwie wygląda na bardziej opętanego?

Kim Bendix Petersen. Człowiek pod makijażem

King Diamond naprawdę nazywa się Kim Bendix Petersen. Urodził się 14 czerwca 1956 roku w Danii i przez ponad cztery dekady zbudował jedną z najbardziej rozpoznawalnych tożsamości w świecie metalu.

Najpierw Mercyful Fate, później zespół King Diamond.

Melissa, Don’t Break the Oath, Fatal Portrait, Abigail, Them.

Jeśli ktoś interesuje się historią heavy metalu, trudno przejść obok tych płyt obojętnie.

Mercyful Fate nie potrzebował deathmetalowego growlu ani ściany gitar tak ekstremalnej, że trudno rozróżnić poszczególne instrumenty. Wystarczały charakterystyczne riffy, niepokojąca atmosfera i głos Diamonda.

Ten głos to osobna historia.

Jego falset potrafi zabrzmieć niemal absurdalnie wysoko, po czym nagle przechodzi w niższe, teatralne partie. Jedni go uwielbiają, innych drażni. Trudno jednak odmówić mu charakteru.

Diamond nie jest wokalistą, którego można bez problemu pomylić z kimś innym.

Podobnie wygląda jego sceniczny świat.

Nie chodzi wyłącznie o satanistyczną symbolikę. W solowej twórczości zaczął tworzyć rozbudowane historie grozy, w których poszczególne utwory stanowią części większej opowieści.

Abigail z 1987 roku przypomina muzyczny horror o przeklętym domu, śmierci i tajemnicach rodzinnych. Them z 1988 roku przenosi słuchacza do jeszcze bardziej psychicznie niepokojącego świata, w którym dom, rodzina i rzeczywistość zaczynają funkcjonować według dziwnych zasad.

Dla mnie zdecydowanie ciekawsze jest stworzenie takiego świata niż kolejnej piosenki, w której ktoś pięćdziesiąt razy wykrzykuje imię Szatana.

Diamond potrafił wykorzystać muzykę jak narzędzie opowiadania historii. Słuchacz nie otrzymuje wyłącznie tekstu i melodii, lecz całe przedstawienie.

I właśnie dlatego sprowadzanie tego artysty do makijażu i pentagramu jest cholernie głupie.

„Satanista”, który nie wierzy w piekło

W 1986 roku King Diamond udzielił wywiadu magazynowi Metal Forces. Rozmowa dotyczyła między innymi jego wizerunku oraz satanistycznych motywów obecnych w twórczości Mercyful Fate.

Powiedział wtedy coś, co powinno być obowiązkową lekturą dla wszystkich ludzi przekonanych, że satanista musi nocami modlić się do rogatego diabła.

Wyjaśnił, że Szatan i Lucyfer nie są dla niego symbolami zła. Odwołał się do Biblii Szatana Antona LaVeya, opisywał ją przede wszystkim jako książkę dotyczącą filozofii życia i zaznaczył, że nie wierzy w chrześcijańskie piekło ani niebo.

Czyli człowiek, który występuje z odwróconymi krzyżami i śpiewa o okultyzmie, nie wyznaje wizji diabła znanej z chrześcijańskich kazań.

Jakie to musi być rozczarowujące dla ludzi, którzy już przygotowali wodę święconą.

Właśnie na tym polega zasadnicza różnica pomiędzy satanizmem laveyańskim a wyobrażeniem satanizmu funkcjonującym w głowach wielu chrześcijan.

Dla LaVeya Szatan był przede wszystkim symbolem sprzeciwu, indywidualizmu i odrzucenia narzuconej moralności. Nie chodziło o zamienienie Boga na diabła i kontynuowanie religijnego posłuszeństwa pod innym szyldem.

To oczywiście nie oznacza, że wszystkie odmiany satanizmu są identyczne. Istnieją również ludzie traktujący Szatana jako rzeczywistą istotę nadprzyrodzoną.

Ale Diamond nie przedstawia swojej filozofii w taki sposób.

I co ciekawe, nie potrzebuje też udawać, że posiada odpowiedź na wszystkie pytania dotyczące istnienia bogów.

W rozmowie z VICE tłumaczył, że nie uważa satanizmu za religię, lecz za filozofię życia. Mówił również, że nie potrafi stwierdzić, czy istnieje jeden bóg, wielu bogów, czy może żaden.

To stanowisko znacznie bardziej intelektualnie uczciwe niż wykrzykiwanie, że zna się całą prawdę o wszechświecie, ponieważ dwa tysiące lat temu ktoś coś zapisał, a później inny człowiek uznał to za święte.

Nie wiem, ilu ludzi oskarżających Diamonda o kult diabła zadało sobie trud przeczytania choćby jednego jego wywiadu.

Podejrzewam, że przyjemniej jest po prostu zobaczyć odwrócony krzyż i ogłosić koniec świata.

Spotkanie z LaVeyem. Żadnego klękania przed mistrzem

W 1988 roku King Diamond spotkał Antona Szandora LaVeya, założyciela Kościoła Szatana.

I ta historia jest znacznie ciekawsza niż wszystkie internetowe opowieści o rzekomych rytuałach satanistów.

Diamond opowiadał później, że rozmawiał z LaVeyem w pomieszczeniu rytualnym jego siedziby w San Francisco.

Najbardziej interesujące jest jednak to, co zrobił na początku spotkania.

Poprosił, żeby mógł mówić pierwszy.

Nie chciał siedzieć naprzeciwko LaVeya i potakiwać mu jak posłuszny uczeń. Chciał najpierw przedstawić własne poglądy, własne rozumienie satanizmu i przekonania, które ukształtował jeszcze przed przeczytaniem Biblii Szatana.

Wyobraźmy sobie tę scenę.

Młodszy muzyk przyjeżdża do człowieka uznawanego za twórcę współczesnego satanizmu laveyańskiego i zamiast urządzić pokaz zachwytu, mówi mu, że najpierw sam chciałby wyjaśnić, jak postrzega świat.

Cholera, trudno o lepszy przykład niezależności.

LaVey miał przyjąć go życzliwie. Diamond wspominał, że podczas spotkania założyciel Kościoła Szatana grał na instrumentach klawiszowych, między innymi melodię Wonderful Copenhagen, a cała atmosfera przypominała mu momentami rodzinę Addamsów.

Później LaVey zdjął ze swojej kurtki symbol Baphometa i przekazał go muzykowi.

Diamond zachował również osobisty list otrzymany od LaVeya. W jednym z późniejszych wywiadów mówił, że zabierał go ze sobą nawet w trasy koncertowe.

Nie znamy pełnej treści ich prywatnej rozmowy ani listu, więc nie zamierzam dorabiać do tej historii żadnych tajemniczych objawień.

Sam fakt spotkania jest wystarczająco interesujący.

Szczególnie że Diamond wielokrotnie podkreślał, iż filozofia LaVeya nie stworzyła jego przekonań od zera. Pomogła mu nazwać coś, co od dawna uważał za bliskie własnemu sposobowi myślenia.

Lubię takie podejście.

Można cenić autora książki, zgadzać się z jego filozofią i nadal zachować własną głowę.

Bo jeśli ktoś odrzuca religijnych przywódców tylko po to, żeby natychmiast znaleźć sobie innego człowieka, któremu będzie bezmyślnie przytakiwał, to chyba nie zrozumiał sensu całego buntu.

„Nie jestem satanistą”. Jak Diamond zdenerwowałby połowę internetu

W archiwalnym wywiadzie dla polskiego CGM.pl King Diamond powiedział coś, co na pierwszy rzut oka może wydać się sprzeczne z jego wcześniejszymi wypowiedziami.

Zapytany o satanizm, odpowiedział, że nie jest i nigdy nie był satanistą, ponieważ nie wyznaje żadnej religii.

I teraz można oczywiście wyciągnąć jedno zdanie, wrzucić je do internetu i rozpocząć kolejną bezsensowną dyskusję o tym, czy King Diamond przez kilkadziesiąt lat wszystkich oszukiwał.

Można też przeczytać resztę jego wypowiedzi.

W tym samym wywiadzie mówił o braku wiary w Boga, niechęci do religijnego przymusu i szacunku wobec ludzi posiadających odmienne przekonania.

W innych rozmowach otwarcie nazywał satanizm LaVeya filozofią, którą kieruje się w życiu.

Zamiast więc szukać sensacji, wystarczy zauważyć, że Diamond używa słowa „religia” inaczej niż ludzie, którzy automatycznie wrzucają satanizm do jednego worka z chrześcijaństwem.

Nie uznaje religijnego posłuszeństwa ani dogmatów za fundament swojego życia.

I nie widzi powodu, żeby inni musieli przyjmować jego przekonania.

Zwróciłam uwagę na jeszcze jeden fragment polskiej rozmowy.

Diamond stwierdził, że gdyby przedstawiono mu dowód istnienia Boga, nie oznaczałoby to automatycznie, iż powinien przed nim klękać.

I tutaj naprawdę trudno mi się z nim nie zgodzić.

Samo istnienie jakiejś potężniejszej istoty nie byłoby przecież dowodem, że zasługuje ona na bezwarunkowe posłuszeństwo.

To dwie zupełnie różne sprawy.

A jednak religijne wychowanie bardzo często uczy ludzi łączenia potęgi z prawem do wymagania pokory.

Diamond takiej zależności nie przyjmuje.

Nie chciał być scenicznym diabłem przez całą dobę

Jest jeszcze jedna rzecz, którą warto przypomnieć wszystkim ludziom niepotrafiącym odróżnić sztuki od codziennego życia.

W wywiadzie z 1986 roku Diamond przyznał, że lubi straszyć publiczność swoim scenicznym makijażem.

I to jest piękne w swojej prostocie.

Facet nakłada na twarz czarno-białą farbę, wychodzi na scenę, zbliża się do publiczności i obserwuje, jak ludzie reagują.

Nie potrzebuje faktycznie przywoływać demonów.

Wystarczy teatr.

Zresztą jego fascynacja horrorem znacznie wykracza poza szokowanie samymi symbolami.

Na Abigail wykorzystuje historię przeklętej posiadłości, zdrady, śmierci i powracającego zła. Na Them buduje opowieść o rodzinie i tajemniczych istotach w domu.

Są tam postacie, zwroty akcji, niepokojące głosy i atmosfera rodem z klasycznego kina grozy.

Wokalista nie tylko śpiewa.

On odgrywa role.

Przez to muzyka Diamonda bywa niemal groteskowa. Jego falset potrafi zabrzmieć tak wysoko, że komuś nieznającemu tej stylistyki może wydawać się wręcz komiczny.

A chwilę później ten sam głos buduje autentyczny niepokój.

Nie każdy musi go lubić. Sama nie widzę potrzeby udawania, że każda legenda metalu będzie odpowiadać wszystkim słuchaczom.

Ale trudno nie docenić konsekwencji, z jaką Diamond stworzył własną estetykę.

Przez dekady nie próbował upodobnić się do setek innych wokalistów.

Jeżeli ktoś chce wejść w jego muzyczny świat, musi zaakceptować, że trafił do bardzo osobliwego teatru.

I niekoniecznie wszyscy wyjdą z niego zachwyceni.

Największy problem religijnych moralistów? Cudza wolność

W wywiadzie dla The Outcast Metal Zine Diamond tłumaczył swoje podejście do ludzi wierzących.

Jeżeli ktoś dobrze czuje się jako protestant, nie widział powodu, żeby na siłę przekonywać go do zmiany przekonań.

Równie ostro sprzeciwiał się jednak dyktowaniu innym, w co powinni wierzyć.

Dla mnie ta granica jest bardzo wyraźna.

Nie przeszkadza mi, że ktoś prywatnie wierzy w określonego boga. Nie zamierzam uczestniczyć w jego praktykach ani udawać, że podzielam jego przekonania.

Natomiast kiedy zaczyna oczekiwać ode mnie podporządkowania się własnej religii, cierpliwość kończy mi się błyskawicznie.

Bo dlaczego, do cholery, miałabym żyć według zasad człowieka, który nie potrafi przedstawić dowodów na prawdziwość swoich religijnych twierdzeń?

W rozmowie z 2000 roku Diamond posłużył się zresztą bardzo wymownym przykładem.

Wyobraził sobie człowieka, który twierdzi, że rozmawia z wielkim żółtym kwiatem rosnącym w ogrodzie. Kwiat miałby być jego bogiem i nakazywać zabijanie osób niewierzących w jego istnienie.

Brzmi absurdalnie.

Ale dlaczego roszczenie do działania w imieniu niewidzialnego boga miałoby nagle stawać się bardziej wiarygodne tylko dlatego, że powołuje się na nie wielowiekowa instytucja religijna?

To pytanie podoba mi się znacznie bardziej niż kolejna dyskusja o tym, czy odwrócony krzyż obraża czyjeś uczucia.

Diamond zwracał uwagę na przemoc wynikającą z religijnego fanatyzmu. Krytykował ludzi, którzy własną wiarę uznają za dostateczne usprawiedliwienie narzucania innym przekonań.

I właśnie tutaj jego filozofia okazuje się znacznie mniej przerażająca niż zachowanie części ludzi deklarujących religijną moralność.

Jeden człowiek ubiera się jak postać z horroru i mówi, żeby inni żyli według własnych przekonań.

Drugi wygląda zupełnie zwyczajnie, ale uważa, że cudze życie powinno podlegać jego religijnym zasadom.

Zgadnijcie, którego z nich bardziej nie chciałabym spotkać w roli osoby decydującej o mojej wolności.

LaVey nie jest świętym. I całe szczęście

Nie zamierzam również budować tutaj laurki dla Antona LaVeya.

Jego filozofię można krytykować. Skrajny indywidualizm, egoizm i część poglądów społecznych zawartych w jego pismach zasługują na dyskusję, a nie automatyczne przyjmowanie jako prawdy objawionej.

Właśnie na tym powinno polegać niezależne myślenie.

Jeżeli autor książki przekonuje człowieka do samodzielności, a później czytelnik uznaje każde jego słowo za nietykalne, mamy do czynienia z wyjątkowo zabawną sprzecznością.

Można inspirować się LaVeyem bez uznawania go za nieomylnego.

Diamond pokazuje to chociażby historią ich spotkania.

Nie przyjechał do San Francisco po to, żeby klękać przed założycielem Kościoła Szatana.

Przyjechał rozmawiać.

I mam wrażenie, że ten szczegół mówi o nim więcej niż wszystkie pentagramy, które kiedykolwiek nosił na scenie.

Demon, który okazał się ciekawszy bez makijażu

King Diamond nie jest interesujący dlatego, że ubiera się na czarno i używa satanistycznej symboliki.

W metalu takich artystów nie brakuje.

Jest interesujący dlatego, że pod całą tą teatralną otoczką kryje się człowiek, który od dziesięcioleci potrafi uzasadniać swoje poglądy, zamiast ograniczać się do pustej prowokacji.

Nie muszę traktować go jak filozoficznego mistrza ani zgadzać się z każdą jego wypowiedzią.

Znacznie bardziej doceniam fakt, że jego satanistyczny wizerunek ma coś wspólnego z rzeczywistymi przekonaniami, a jednocześnie nie zamyka go w roli człowieka, który chciałby podporządkować sobie innych.

Zresztą może właśnie dlatego tak skutecznie drażni niektórych religijnych moralistów.

Nie zamierza przepraszać za własną estetykę.

Nie ukrywa fascynacji okultyzmem.

Nie wstydzi się swojej filozofii.

I nie oczekuje religijnego rozgrzeszenia za to, że odrzucił cudze dogmaty.

Można go nie lubić. Można nie znosić jego falsetu, makijażu ani albumów o nawiedzonych domach.

Ale wypadałoby przynajmniej wiedzieć, co mówi, zanim zacznie się przedstawiać go jako człowieka oddającego cześć chrześcijańskiemu diabłu.

Mnie najbardziej rozbraja jednak coś innego.

Od dekad King Diamond wychodzi na scenę z twarzą wymalowaną jak postać z koszmaru, a mimo to potrafi mówić o cudzych przekonaniach z większym spokojem niż niejeden człowiek przekonany, że reprezentuje jedyną prawdziwą religię.

I jeśli naprawdę mamy się kogoś bać, to niekoniecznie faceta w czarnym cylindrze.

Znacznie bardziej przeraża mnie człowiek, który w imię własnego boga chce decydować o życiu innych.

Skomentuj