Twój krzyż jest normalny, mój już prowokuje?

Jest jedna rzecz, która mnie serio bawi.

I trochę wkurwia.

Gaahl zakłada odwrócony krzyż, Mjölnir albo runę i ludzie potrafią sobie to analizować godzinami.

Symbolika.

Pogaństwo.

Bunt.

Tożsamość.

Sztuka.

Klimat.

Wszystko okej.

Ja zakładam coś podobnego i nagle zaczyna się:

„po co ty to nosisz?”

„musisz prowokować?”

„co to ma znaczyć?”

„to jest satanistyczne?”

I najlepsze jest to, że bardzo często ktoś nawet nie wie, co komentuje.

Nie zna znaczenia.

Nie zna historii.

Nie wie, dlaczego ja to noszę.

Ale zdanie już ma.

Bo przecież po co najpierw sprawdzić.

Łatwiej się oburzyć.

I właśnie dlatego chcę o tych symbolach napisać.

Nie po to, żeby kogokolwiek przekonywać.

Nie musisz ich lubić.

Nie musisz ich nosić.

Możesz uważać, że wyglądają źle.

Naprawdę mam to gdzieś.

Tylko dobrze byłoby chociaż wiedzieć, co właściwie się krytykuje.

Bo dla mnie to nie są przypadkowe ozdoby.

Odwrócony krzyż

Od razu jedna rzecz.

Odwrócony krzyż nie jest z definicji symbolem satanistycznym.

Historycznie to krzyż św. Piotra.

Według tradycji Piotr miał zostać ukrzyżowany głową w dół, bo nie uważał się za godnego umrzeć tak samo jak Jezus.

Czyli pierwotnie mamy symbol chrześcijański.

Tak.

Trochę ironiczne.

Ja jednak nie noszę go jako krzyża św. Piotra.

Dla mnie znaczy coś kompletnie innego.

Odrzucenie chrześcijaństwa.

I mówiąc chrześcijaństwa, mam na myśli całość.

Nie tylko katolicyzm.

Prawosławie też.

Protestantyzm też.

Kościoły ewangelikalne też.

Pentekostalizm też.

Świadkowie Jehowy też wyrastają z tradycji chrześcijańskiej.

Nie robię sobie listy pod tytułem „ten odłam jeszcze zniosę”.

Nie.

Odrzucam cały ten system jako punkt odniesienia dla mojego życia.

Biblii nie traktuję jako źródła moralności.

Chrześcijaństwa nie traktuję jako prawdy.

Nie interesuje mnie, który odłam uważa, że właśnie on najlepiej zrozumiał Boga.

Dla mnie odpowiedź brzmi:

żaden.

I tyle.

Odwrócony krzyż mówi mi po prostu:

nie.

Nie tej religii.

Nie temu, że ktoś ma mi tłumaczyć, jak mam żyć, bo jego księga tak mówi.

Nie temu, że chrześcijaństwo ma być dla mnie jakimś domyślnym systemem moralnym.

Nie jest.

I naprawdę nie ma tu większej filozofii.

To nie jest „patrzcie jaka jestem mroczna”.

To nie jest „ojej, szatan”.

Po prostu odrzucenie.

Całości.

Mjölnir

Z Mjölnirem jest inaczej.

Tu mamy symbol naprawdę związany ze światem nordyckim.

Nie jakąś internetową fantazję.

Amulety w kształcie młota Thora faktycznie znamy z epoki wikingów.

Thor był związany z grzmotem, siłą i ochroną.

Walczącym z tym, co zagrażało porządkowi.

I właśnie to mi w nim siedzi.

Nie chodzi mi nawet o jakieś wielkie gadanie o „mocy”.

Bardziej o ochronę.

O granicę.

O takie zwykłe:

dalej nie.

I jest jeszcze jedna rzecz, która bardzo mi się podoba.

W czasie chrystianizacji Skandynawii Mjölnir zaczął funkcjonować również jako symbol starej religii obok chrześcijańskiego krzyża.

I sorry, ale ten konflikt symboli jest po prostu zajebisty.

Nowa religia przychodzi z krzyżem.

Stary świat odpowiada młotem.

I tyle.

Nie trzeba tego nawet specjalnie ozdabiać.

Vegvísir

Vegvísir noszę ja.

I tu zaczyna się kolejny internetowy cyrk.

„Kompas wikingów”.

Nie.

Nie jest z epoki wikingów.

Najwcześniejsze pewne świadectwo mamy z islandzkiego manuskryptu Huld z XIX wieku.

Czyli nie.

Żaden wiking nie miał go sobie tysiąc lat temu na tarczy tylko dlatego, że tak wygląda dobrze na Pintereście.

I wiesz co?

Wcale mi to nie przeszkadza.

Nie potrzebuję fałszywej legendy, żeby symbol coś dla mnie znaczył.

Jego sens wiąże się z tym, żeby nie zgubić drogi podczas złej pogody, nawet kiedy nie zna się trasy.

I właśnie dlatego go noszę.

Nie zgubić drogi.

To akurat mi pasuje.

Bo można nie wiedzieć dokładnie, dokąd się idzie.

Można zmieniać zdanie.

Można mieć syf dookoła i jeszcze większy we własnej głowie.

A mimo to nie trzeba kompletnie zgubić siebie.

I chyba właśnie o to mi w nim chodzi.

Nie o „wikińską magię”.

Nie o TikToka.

Po prostu o drogę.

I tak, brzmi trochę patetycznie.

Trudno.

Fehu

Gaahl nosi Fehu.

I tutaj też można wszystko bardzo szybko spłycić.

Fehu = pieniądze.

Bogactwo.

Manifestacja.

Instagram zrobił swoje.

Tylko że Fehu jest oczywiście dużo starsza niż ludzie sprzedający kursy „jak przyciągnąć obfitość”.

To pierwsza runa starszego futharku.

Jej nazwa wiąże się z bydłem.

A bydło kiedyś oznaczało realny majątek.

Coś, co faktycznie miało wartość.

Nie abstrakcyjnie.

Nie „energia pieniądza”.

Po prostu zasób.

Coś, czym można było dysponować.

I chyba dlatego wolę myśleć o Fehu właśnie tak.

Nie jako o runie do przyciągania hajsu.

Bardziej jako o czymś, co mówi:

masz coś.

Możesz coś z tym zrobić.

Masz jakiś zasób, możliwość, siłę.

I tyle.

Do Gaahla mi to pasuje.

I teraz najlepsze

Ludzie noszą zwykłe krzyże wszędzie.

Na szyi.

Na kolczykach.

Na bransoletkach.

Na pierścionkach.

Do tego medaliki.

Święci.

Matka Boska.

Jezus.

Krzyżyki na łańcuszkach.

Religijne zawieszki.

Cała masa rzeczy.

I to jest traktowane jako normalne.

Wręcz neutralne.

A dla mnie neutralne nie jest.

Ja tej symboliki nie uznaję.

Zwykły krzyż łączę z chrześcijaństwem.

A chrześcijaństwo odrzucam.

Tak samo medalik ze świętym.

Tak samo kolczyki z krzyżem.

Tak samo całą resztę tej biżuterii, jeśli jej sens jest chrześcijański.

I co?

Mam podejść do kogoś i powiedzieć:

„po co mnie prowokujesz?”

No nie.

Bo to byłoby idiotyczne.

To jego symbol.

Nie mój.

Może sobie go nosić.

Ja mogę patrzeć na zwykły krzyż i myśleć:

nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Mogę uważać, że reprezentuje religię, którą odrzucam.

I nadal jakoś nie czuję potrzeby tłumaczenia obcej osobie, że powinna go zdjąć.

Więc czemu w drugą stronę nagle jest problem?

Czemu zwykły krzyż jest „normalny”, a odwrócony już „prowokuje”?

Czemu medalik ze świętym jest zwyczajny, a Vegvísir nagle wymaga przesłuchania?

Czemu Mjölnir na artyście wygląda ciekawie, ale na kimś mijanym na ulicy już zaczyna się:

„co to znaczy?”

No właśnie.

Może czasem problem wcale nie leży w symbolu.

Może po prostu jesteśmy przyzwyczajeni do jednego tak bardzo, że przestaliśmy go nawet zauważać.

A wszystko inne od razu wydaje się „dziwne”.

U Gaahla odwrócony krzyż jest klimatem.

U mnie pytaniem, czy muszę prowokować.

Trochę mnie to śmieszy.

Bo ja naprawdę wiem, co noszę.

Wiem, co to dla mnie znaczy.

Wiem, dlaczego wybrałam akurat to.

I jeśli ktoś chce zapytać — okej.

Mogę odpowiedzieć.

Ale kiedy ktoś najpierw mówi mi, co mój symbol „na pewno oznacza”, a dopiero potem ewentualnie pyta, to już trochę komedia.

Najpierw może zapytaj.

Potem sobie oceń.

Albo nie.

Też da się żyć.

Skomentuj