Metal nie musi być grzeczny!

Metal nie musi być miły.

Naprawdę.

Nie musi być bezpieczny.

Nie musi być neutralny.

Nie musi nikogo uspokajać.

I chyba najbardziej śmieszy mnie moment, w którym ludzie zaczynają oczekiwać od ekstremalnego metalu, że będzie grzeczny.

Bo serio.

Po co wtedy w ogóle ten gatunek istnieje?

Po to, żeby nikogo nie urazić?

Żeby wszyscy wyszli z koncertu zadowoleni i światopoglądowo zaopiekowani?

No błagam.

Metal od początku żył z buntu.

Z brudu.

Z przesady.

Z prowokacji.

Z rzeczy, które dla jednych są sztuką, a dla innych „przekroczeniem granicy”.

I dobrze.

Tak ma być.

Bo kiedy zaczynamy go czyścić z wszystkiego, co może kogoś wkurwić, zostaje nam tylko estetyka.

Czarne ubrania.

Ciężkie riffy.

Trochę dymu.

Pentagram na plakacie.

I zero treści.

Czyli bunt do sprzedaży.

Ładnie opakowany.

Bezpieczny.

Taki, żeby sponsor się nie obraził.

Parafia też najlepiej nie.

A lokalny polityk żeby nie zadzwonił następnego dnia.

I dokładnie to mnie wkurwia najbardziej.

Bo dopóki mrok jest dekoracją, wszyscy są zachwyceni.

Ale jak nagle ktoś naprawdę mówi:

„mam w dupie waszą religijną świętość”

to zaczyna się problem.

Jak Nergal podrze Biblię — problem.

Jak płonie sceniczny krzyż — problem.

Jak pojawia się odwrócony krzyż — problem.

Jak ktoś mówi głośno, że nie szanuje chrześcijaństwa — problem.

No to co właściwie ma zostać?

Mroczny eyeliner?

Bo jeśli metal ma tylko wyglądać groźnie, ale już nie może niczego naprawdę zakwestionować, to trochę robi się z tego cosplay.

I mnie cosplay nie interesuje.

Nie po to słucham ekstremalnej muzyki.

Nie po to interesuje mnie black metal, death metal czy cała ta antyreligijna symbolika.

Jeżeli artysta chce prowokować, to niech prowokuje.

Ale potem niech też ma jaja za tym stanąć.

Nie:

„to zostało źle odebrane”.

Nie:

„nie chcieliśmy nikogo urazić”.

Tylko:

„tak, wiedzieliśmy, że to kogoś wkurwi”.

I co z tego?

Bo właśnie o to chodzi w prowokacji.

Ma wywołać reakcję.

Nie zawsze musi być mądra.

Nie zawsze musi być głęboka.

Czasem jest po prostu chamska.

Czasem przesadzona.

Czasem ktoś robi coś tylko po to, żeby ludzie się zagotowali.

I okej.

Można to skrytykować.

Można powiedzieć, że było słabe.

Ale nie oczekujmy, że sztuka ma być sterylna.

Bo wtedy przestaje być sztuką, a zaczyna być produktem testowanym na grupie fokusowej.

I jeszcze coś, co mnie zawsze rozwala.

Ludzie potrafią słuchać artystów takich jak Malik Montana czy Skolim, gdzie teksty bywają bardzo bezpośrednie, seksualne, momentami wręcz nachalne.

I jakoś świat się nie kończy.

Gra to na imprezach.

Gra na festynach.

Gra tam, gdzie obok są też dzieci i rodziny.

Ludzie tańczą.

Śmieją się.

Śpiewają teksty.

I jakoś nie ma wielkiej narodowej dyskusji o „upadku wartości”.

Ale wystarczy metal.

Odwrócony krzyż.

Pentagram.

Ciężki riff.

Jakiś antyreligijny tekst.

I nagle:

„czy to wypada?”

„czy dzieci powinny to oglądać?”

„czy to nie jest demoralizacja?”

No błagam.

Czyli jawne seksualne teksty są okej, bo lecą w imprezowym klimacie, ale jak pojawi się metalowiec z odwróconym krzyżem na szyi, to nagle trzeba chronić społeczeństwo?

To jest właśnie ten podwójny standard, który mnie najbardziej bawi.

Bo problemem często nie jest nawet sama treść.

Problemem jest estetyka.

Jeżeli coś wygląda znajomo, komercyjnie i jest podane jako zabawa, ludzie przepuszczą naprawdę dużo.

Ale jak coś wygląda mrocznie, jest agresywne wizualnie albo antyreligijne, to nagle zaczyna się moralna panika.

I wtedy wszyscy robią się bardzo wrażliwi.

Na symbole.

Na teksty.

Na „wpływ na młodzież”.

Na wszystko.

Tylko jakoś ta wrażliwość działa dziwnie wybiórczo.

I nie.

Nie wszystko mi się podoba.

Nie każda prowokacja Nergala jest dla mnie genialna.

Nie każdy płonący krzyż robi na mnie wrażenie.

Nie każdy tekst antyreligijny jest dobry tylko dlatego, że jest antyreligijny.

Ale wolę artystę, który czasem przesadzi, niż takiego, który boi się wszystkiego.

Bo metal bez odwagi jest trochę jak nóż bez ostrza.

Niby wygląda.

Niby jest.

Ale po co?

I chyba właśnie dlatego tak bardzo drażni mnie to całe:

„można było zrobić to inaczej”.

No jasne.

Wszystko można zrobić inaczej.

Można było nie drzeć Biblii.

Można było nie palić krzyży.

Można było nie używać pentagramów.

Można było nie śpiewać o religii.

Można było ubrać się na biało i grać akustycznie.

Tylko wtedy nie byłoby o czym gadać.

I właśnie to jest zabawne.

Ludzie chcą od metalu buntu.

Ale tylko takiego, który nikogo naprawdę nie dotknie.

Chcą mroku.

Ale estetycznego.

Chcą szoku.

Ale kontrolowanego.

Chcą prowokacji.

Ale takiej, po której nikt nie napisze skargi.

No to nie jest prowokacja.

To reklama.

Dla mnie metal ma prawo być brudny.

Ma prawo być niewygodny.

Ma prawo być antyreligijny.

Ma prawo być głupi.

Ma prawo być przesadzony.

Ma prawo być bluźnierczy.

I ma prawo komuś się nie podobać.

To działa w obie strony.

Ty masz prawo powiedzieć:

„to jest obrzydliwe”.

A ja mam prawo odpowiedzieć:

„okej, nie słuchaj”.

I tyle.

Nie trzeba od razu policji.

Nie trzeba prokuratury.

Nie trzeba krucjaty różańcowej.

Nie trzeba robić z każdego koncertu wojny kulturowej.

Czasem koncert to po prostu koncert.

A płonący krzyż to dwie deski i ogień.

Naprawdę.

I chyba najbardziej chciałabym, żeby ludzie przestali oczekiwać od ekstremalnej muzyki, że będzie ich szanować.

Bo ona nie musi.

Tak samo jak wy nie musicie szanować jej.

Tylko nie udawajmy, że coś jest „za mocne” tylko dlatego, że pierwszy raz naprawdę nas wkurwiło.

Metal nie musi być grzeczny.

I dobrze.

Bo grzecznych rzeczy mamy już wystarczająco dużo.

Skomentuj