Najpierw „pogański wieczór”, potem przeprosiny. Baalzagoth i dwa płonące krzyże.

Są takie historie, przy których naprawdę nie wiadomo, czy się śmiać, czy wkurwiać.

Baalzagoth na Bangarang Festival.

Dwa płonące krzyże.

Metalowy koncert.

I nagle wielkie odkrycie, że na ekstremalnym metalu mogą pojawić się antychrześcijańskie symbole.

Szok.

Naprawdę.

Kto mógł przewidzieć.

Tym bardziej że przed festiwalem sam Bangarang reklamował powrót Baalzagoth jako coś mrocznego i zapowiadał „pogański wieczór”.

Czyli przed koncertem:

mrok — super.

Pogański klimat — super.

Szokowanie — super.

A potem na scenie faktycznie pojawia się coś, co ludzi szokuje.

I nagle:

o kurwa.

Nie tak.

26 czerwca 2026.

Chwałków.

Baalzagoth kończy pierwszy dzień festiwalu.

Na scenie pojawiają się dwa krzyże.

Płoną.

Nagrania lecą do internetu.

I zaczyna się.

Oburzenie.

Politycy.

Policja.

Samorząd.

Pytania o uczucia religijne.

No wiadomo.

Tylko ja mam jedno pytanie.

Serio, czego się spodziewaliście?

To nie był koncert Arki Noego.

Nie festyn parafialny.

Nie schola.

To był festiwal, który sam sprzedawał ludziom mrok, ciężkie granie i pogański klimat.

A Baalzagoth nie jest zespołem śpiewającym o stokrotkach.

Ich album nazywa się chociażby „No God. No Saviour”.

No błagam.

I tu jeszcze jedna rzecz, bo przy całym tym oburzeniu zaczęło to brzmieć, jakby ktoś wyniósł krzyż z kościoła i podpalił go na scenie.

Nie.

To nie był krzyż z kościoła.

Nie z kapliczki.

Nie z cmentarza.

Nikt niczego wierzącym nie ukradł.

To były sceniczne rekwizyty.

Dwie złączone deski w kształcie krzyża, pokryte materiałem przygotowanym tak, żeby efektownie się zapalił i dało się ten ogień kontrolować.

Czyli scenografia.

Performance.

I tak.

Oczywiście, że kształt krzyża był celowy.

Oczywiście, że miał prowokować.

Ale jednak jest różnica między:

„podpalili symboliczny rekwizyt”

a:

„zniszczyli czyjś przedmiot kultu”.

I ta różnica jest całkiem spora.

Bo jak się słucha części komentarzy, to można odnieść wrażenie, że zespół wcześniej obrabował kapliczkę.

No nie.

Dwie deski.

Materiał.

Ogień.

Scena.

A reakcja, jakby właśnie płonęła katedra.

I potem zaczyna się najlepsze.

Przed koncertem:

„pogański wieczór”.

Po koncercie:

„nie chcieliśmy nikogo urazić”.

No to trochę się zdecydujmy.

Bo jeśli zapraszasz taki zespół, promujesz mrok, ciężkie granie i szokowanie, to naprawdę nie możesz później wyglądać na zaskoczonego, że ktoś się faktycznie zgorszył.

Przecież to było do przewidzenia z kilometra.

I właśnie to mnie tu najbardziej drażni.

Nie samo oburzenie katolików.

Ono było oczywiste.

Bardziej to późniejsze cofanie się.

To:

„spokojnie, nie chcieliśmy aż tak”.

No to po co było sprzedawać cały ten klimat?

Bo mam wrażenie, że dopóki bunt jest ładny i dobrze wygląda na plakacie, to wszyscy go chcą.

Mrok?

Tak.

Pentagram?

Tak.

Odwrócony krzyż?

Może być.

Pogańska atmosfera?

Super.

Ale jak symbol faktycznie zaczyna płonąć i ktoś się obraża, to nagle:

STOP.

Za daleko.

No to gdzie jest ta granica?

I kto ją ustala?

Bo dla mnie to trochę wygląda tak, że bunt jest fajny dopóki nic nie kosztuje.

Dopóki nie trzeba za niego stanąć.

A potem pojawia się hejt i zaczyna się tłumaczenie.

I jeszcze oczywiście różaniec.

Bo gdzie metal i antychrześcijańska symbolika, tam najwyraźniej prędzej czy później musi pojawić się różaniec.

Przy tym festiwalu też była cała ta religijna otoczka.

Modlitwy.

Oburzenie.

Ludzie przekonani, że wydarzenie trzeba jakoś duchowo „zabezpieczyć”.

I mam z tym dokładnie ten sam problem co przy Behemoth.

Chcesz się modlić?

Proszę bardzo.

Naprawdę.

Odmawiaj różaniec.

Dziesięć.

Sto.

Twoja sprawa.

Tylko koncert metalowy nie ma obowiązku udawać katolickiego wydarzenia tylko dlatego, że ktoś stojący poza nim uznaje krzyż za świętość.

Dla niego jest święty.

Dla mnie nie.

I tyle.

Chrześcijański krzyż jest w Polsce wszędzie.

Na szyjach.

W szkołach.

Przy drogach.

Na budynkach.

Na pomnikach.

I ludzie są do niego tak przyzwyczajeni, że traktują go prawie jak coś neutralnego.

Nie jest neutralny.

To konkretny symbol konkretnej religii.

Dla wierzącego święty.

Dla kogoś innego po prostu symbol religii, której nie uznaje.

I chyba właśnie tego część ludzi nie potrafi przyjąć.

Że ktoś może patrzeć na krzyż i nie czuć żadnej świętości.

Może go wykorzystać w sztuce.

Odwrócić.

Podpalić jako element scenografii.

I tak, chrześcijanin może się tym poczuć obrażony.

Ale samo obrażenie nie daje jeszcze prawa do ustawiania cudzej sztuki pod własną religię.

Potem oczywiście pojawił się temat pieniędzy publicznych.

Bo festiwal dostał wsparcie lokalnych samorządów.

I okej.

Jeśli są publiczne pieniądze, można sprawdzać umowy.

Można pytać, na co poszły.

Normalne.

Tylko nie róbmy z tego skrótu:

„obraziło mnie religijnie, więc nie wolno tego finansować”.

Bo wtedy za chwilę każda sztuka będzie musiała być tak bezpieczna, że nikogo nie ruszy.

Czyli jaka?

Bez religii.

Bez polityki.

Bez seksu.

Bez symboli.

Bez przekleństw.

Może jeszcze bez tekstu, żeby przypadkiem ktoś się nie poczuł dotknięty.

I wtedy zostanie nam muzyka relaksacyjna w windzie.

Chociaż pewnie i na to ktoś złoży skargę.

Najbardziej jednak wkurwiło mnie to, co działo się później wokół promocji i reakcji fanów.

Bo kiedy zrobiło się głośno, zaczęło wyglądać tak, jakby nagle trzeba było się od wszystkiego odsunąć.

Jakby:

„nie, nie, spokojnie, my wcale nie jesteśmy tacy”.

I z tego, co widziałam, właśnie to wkurwiło wielu fanów najbardziej.

Nie sam hejt.

Tylko to cofanie się pod jego wpływem.

Bo po co zapraszać taki zespół, jeśli później zamierzasz udawać, że nie wiedziałeś, jaki ma charakter?

Po co promować „pogański wieczór”, a później zachowywać się tak, jakby pogański wieczór miał wyglądać jak majówka przy parafii?

Serio.

Czego się spodziewaliście?

Baalzagoth też potem tłumaczył, że krzyże były scenografią, nie przedmiotami kultu, i że chodziło o wolność artystyczną.

I ja się z tym zgadzam.

Tylko zawsze trochę mnie drażni, kiedy po prowokacji artysta zaczyna bardzo dokładnie wyjaśniać, że właściwie nie chciał nikogo urazić.

No przecież wiadomo, że część ludzi się urazi.

Płoną dwa krzyże.

Na koncercie antychrześcijańskiego zespołu.

Co miało się stać?

Katolicy mieli powiedzieć:

„ładna scenografia”?

Nie.

I właśnie dlatego ten obraz działa.

Bo drażni.

Bo prowokuje.

Bo nie jest neutralny.

Więc może po prostu uczciwiej powiedzieć:

tak.

To była prowokacja.

To była sztuka.

Dla nas ten symbol nie jest święty.

I tyle.

Bez robienia fikołków.

Bo naprawdę nie rozumiem tej potrzeby robienia ekstremalnego metalu, a potem tłumaczenia go tak, żeby przypadkiem nikomu nie było przykro.

To się trochę gryzie.

I tu dochodzi jeszcze coś osobistego.

Ja akurat dość dokładnie przesłuchałam płytę Baalzagoth.

Nie tylko puściłam ją sobie w tle.

Przyjrzałam się też tekstom.

Więc tym bardziej słabo odebrałam późniejsze wycofywanie się z promocji tylko dlatego, że ktoś zrobił z całej sprawy medialną szopę, jakby naprawdę doszło do jakiegoś potężnego zamachu na uczucia religijne.

W moim uznaniu nie doszło.

I w ogóle uważam, że sam zapis o obrazie uczuć religijnych nie powinien istnieć w kodeksie karnym.

Bo serio.

Jak słabe muszą być te uczucia?

Jak krucha musi być wiara, skoro ateista albo satanista może ją „obrazić” samym symbolem, tekstem piosenki albo scenicznym rekwizytem?

Jeżeli twoja religia jest dla ciebie naprawdę ważna, to co właściwie zmienia fakt, że ktoś jej nie szanuje?

Co zmienia płonący krzyż na koncercie?

Co zmienia mój brak wiary?

Nic.

Chyba że całość opiera się na tym, że wszyscy dookoła też mają udawać, że twój symbol jest święty.

I właśnie dlatego mam problem z tym, jak Baalzagoth się z tego wycofał.

Muzycznie robią dobrą robotę.

To im oddaję.

Ale po tej sytuacji patrzę na nich mniej przychylnie.

Bo metal potrzebuje ludzi z jajami.

A nie z wydmuszkami.

I chyba dlatego ten koncert zapamiętam bardziej przez reakcje niż przez same dwa płonące krzyże.

Bo same krzyże?

Metal widział gorsze rzeczy.

Naprawdę.

Ale wystarczyły dwie deski, trochę materiału i kilka minut ognia, żeby nagle każdy miał coś do powiedzenia.

I dokładnie to robi sztuka, która prowokuje.

Wywołuje reakcję.

Tylko problem zaczyna się wtedy, kiedy najpierw chcemy prowokacji, a potem boimy się konsekwencji tego, że ktoś rzeczywiście został sprowokowany.

I chyba to jest w całej tej historii najbardziej komiczne.

Najpierw:

„pogański wieczór”.

Potem:

„o kurwa, katolicy są źli”.

No serio.

Kto by pomyślał.

Skomentuj