Proces Varga Vikernesa. Gdzie kończy się legenda, a zaczyna wyrok.

Varg Vikernes jest jedną z tych postaci, przy których po latach zaczyna się robić straszny burdel.

Burzum, Euronymous, kościoły, zdjęcia z procesu, wywiady, legendy, memy, opowieści ludzi, którzy po trzydziestu latach wiedzą rzekomo dokładnie, co wydarzyło się wtedy w Oslo.

I człowiek czyta jedno, potem drugie, potem trzecie i w pewnym momencie naprawdę można zgubić granicę między tym, co się wydarzyło, a tym, co już tylko dobrze brzmi w historii o norweskim black metalu.

A sam proces był bardzo konkretny.

16 maja 1994 roku Varg Vikernes dostał 21 lat więzienia. Maksymalny możliwy wtedy wymiar kary w Norwegii. Został skazany między innymi za zabójstwo Øysteina Aarsetha, trzy podpalenia, próbę kolejnego podpalenia i przestępstwa przeciwko mieniu. Za Fantoft został uniewinniony.

I już tutaj zaczyna się coś, co mnie wkurwia.

Bo internet lubi prostą wersję.

Varg spalił Fantoft.

Koniec.

Tylko że nie został za to skazany.

Można uważać go za odklejonego, brutalnego, toksycznego, można go nie znosić. Można lubić Burzum albo nie. Ale jeśli piszemy o procesie, to naprawdę nie trzeba mu dopisywać rzeczy tylko dlatego, że dobrze pasują do legendy.

To, za co faktycznie został skazany, i tak jest wystarczająco grube.

I jest jeszcze jedna rzecz, która zawsze mnie uderza, kiedy oglądam zdjęcia i nagrania z aresztowania i procesu.

Bo on tam wygląda momentami zwyczajnie… miło.

Naprawdę.

Bardzo młody. Bardzo przystojny. Delikatne rysy, długie włosy, spokojna twarz. Na niektórych ujęciach wygląda wręcz jak ktoś bardzo wrażliwy.

I to jest cholernie mylące.

Bo człowiek ma gdzieś z tyłu głowy ten idiotyczny odruch, że zło powinno być widoczne.

Że morderca powinien wyglądać jak morderca.

No nie.

Nie powinien.

Nie ma takiej twarzy.

I wtedy dochodzimy do jego uśmiechu na sali sądowej.

To akurat siedzi mi w głowie bardzo.

Nie dlatego, że będę teraz udawała psychologa i czytała mu z twarzy, co dokładnie czuł.

Nie wiem.

Ale na mnie ten uśmiech działa bardzo konkretnie.

Jakby mówił:

zrobiłem to specjalnie. wiem, co zrobiłem.

Taki zadowolony z siebie.

I właśnie ten kontrast jest najmocniejszy.

Facet wygląda jak młody, spokojny, wręcz łagodny chłopak, a obok masz sprawę o zabójstwo, podpalenia i maksymalny wyrok.

To jest dużo bardziej niepokojące niż gdyby wyglądał jak jakiś filmowy psychopata.

Bo wygląda normalnie.

Ładnie nawet.

I co z tego?

No właśnie nic.

Ładna twarz nie unieważnia wyroku.

Najważniejszy punkt całej sprawy to oczywiście Euronymous.

Øystein Aarseth został zabity 10 sierpnia 1993 roku w Oslo.

Varg przez lata opowiadał swoją wersję wydarzeń. Że się bał. Że Aarseth miał wobec niego plany. Że doszło do konfrontacji. Że działał w samoobronie.

I można tego słuchać.

Tylko sąd przyjął inną wersję.

Uznał zabójstwo za wcześniej zaplanowane.

Varg pojechał do Oslo razem ze Snorre Ruchem. Był nóż. Były przygotowania. Były liczne rany zadane Aarsethowi.

I tutaj nie lubię gadania typu „każdy ma swoją prawdę”.

Nie.

Każdy może mieć swoją wersję.

To nie znaczy, że każda wersja ma taką samą wartość.

Varg może mówić do końca życia, że było inaczej.

Ma do tego prawo.

Ale jeśli piszę o procesie, to nie mogę udawać, że wyrok nie istnieje.

Sąd uznał, że zabójstwo było zaplanowane.

I że było brutalne.

To nie wygląda więc jak opowieść o zwykłej kłótni dwóch gości z blackmetalowej sceny, gdzie jeden nagle nie wytrzymał.

Snorre też nie był tam przypadkiem.

I to też gdzieś ginie.

Bo ludzie lubią prostą historię: Varg kontra Euronymous.

Tylko że w rzeczywistości był jeszcze ktoś trzeci.

Snorre Ruch został skazany za pomocnictwo w zabójstwie i dostał osiem lat więzienia.

I znowu.

Mało romantyczne.

Za to konkretne.

Kto pojechał.

Kto pomagał.

Kto wiedział.

Kto zadał ciosy.

Sąd to rozdzielił.

Potem są kościoły.

Tutaj też zrobił się po latach taki syf informacyjny, że czasem każdy po prostu powtarza to, co gdzieś wcześniej usłyszał.

Varg został skazany za trzy podpalenia i próbę kolejnego.

Ale nie za Fantoft.

I ja wiem, że Fantoft jest najbardziej „ikoniczne”.

Zdjęcia.

Historia.

Cała otoczka.

Tylko że właśnie dlatego warto to oddzielać.

Bo coś może być najbardziej znane, a jednocześnie nie być tym, za co sąd go skazał.

I to nie jest żadne wybielanie.

Błagam.

Facet miał na koncie wystarczająco dużo.

Nie trzeba dopisywać mu czwartej cegły tylko dlatego, że dobrze wygląda w opowieści.

Potem przychodzi 21 lat.

Maksimum.

I kiedy patrzę dziś na zdjęcia z procesu, mam wrażenie, że one zostały tak przemielone przez internet, że kompletnie odklejono je od tego, czym były.

Dzisiaj to jest estetyka.

Młody Varg.

Długie włosy.

Uśmiech.

Spojrzenie.

Zdjęcie wrzucone gdzieś jako „ikoniczne”.

Tylko że wtedy to nie było „ikoniczne zdjęcie”.

To był facet siedzący na sali sądowej w sprawie o zabójstwo.

I może dlatego ten uśmiech tak mnie drażni.

Bo dzisiaj wygląda prawie jak element wizerunku.

A wtedy za nim stała realna śmierć człowieka.

I właśnie tutaj mam największy problem z całą otoczką wokół Varga.

Ludzie bardzo lubią robić z niego coś skrajnego.

Albo demon.

Albo geniusz.

Albo potwór.

Albo biedny, niezrozumiany chłopak.

Po co?

Można lubić jego muzykę.

Można uważać go za fascynującą postać.

Można patrzeć na zdjęcia i powiedzieć: tak, był cholernie przystojny.

Ja tak uważam.

I co z tego?

Naprawdę nic.

Przystojny człowiek nadal może zabić.

Wrażliwa twarz nie jest dowodem charakteru.

Tak samo jak groźna mina nie jest dowodem winy.

I właśnie dlatego bardziej interesują mnie akta niż ten cały mit.

Bo mit jest prostszy.

Varg = zło.

Albo Varg = niezrozumiany geniusz.

Akta są dużo bardziej upierdliwe.

Mówią: za to skazany.

Za to uniewinniony.

Tutaj sąd mu nie uwierzył.

Tutaj dowodów nie wystarczyło.

I tyle.

Bez pięknej legendy.

Bez czarno-białego obrazka.

Bez robienia z niego postaci z jakiejś nordyckiej opowieści.

Mnie i tak najbardziej zostaje w głowie ten kontrast.

Młody facet.

Bardzo ładna twarz.

Momentami wręcz łagodna.

I ten uśmiech.

Taki, który na mnie działa jak:

„tak, zrobiłem to specjalnie.”

A obok tego wyrok.

21 lat.

I może właśnie dlatego ten proces jest ciekawszy niż cała późniejsza legenda.

Bo kiedy odrzuci się całą otoczkę, zostaje już nie „Varg z Burzum”.

Zostaje człowiek.

I to, co sąd uznał, że zrobił.

Źródła :

Wyrok Eidsivating Lagmannsrett z 16 maja 1994 r. — najważniejsze źródło: 21 lat dla Varga, 8 lat dla Snorre Rucha, skazanie za zabójstwo Euronymousa, trzy podpalenia i próbę kolejnego, a także uniewinnienie w sprawie Fantoft. 

https://www.burzum.org/eng/library/articles/1994_court_verdict.shtml

  • „Petrified” Magazine, nr 3, 1994 — wywiad z Vargiem Vikernesem — jego własna, ówczesna narracja o zabójstwie i samoobronie.

https://www.burzum.org/eng/library/1994_interview_petrified.shtml

  • Późniejsza wypowiedź Varga o zabójstwie Euronymousa — przydatna, bo sam rozróżnia tam „samoobronę” w swoim rozumieniu od samoobrony w sensie prawnym.

https://burzum.org/eng/library/varg_talks_killing_euronymous.shtml

Skomentuj