Jestem satanistką.
I właściwie mogłabym na tym skończyć, bo po tym jednym zdaniu niektórzy i tak już wiedzą o mnie wszystko.
Szatan, krew, ofiary, jakieś rytuały. Pewnie jeszcze koty.
Koty akurat mam. Nawet czarne.
Żadnego nie złożyłam w ofierze. Prędzej one złożą mnie, jak za późno dostaną żarcie.
I nie, nie wierzę w rogatego chuja siedzącego gdzieś pod ziemią. Nie wierzę też w piekło, do którego podobno miałabym trafić. Nie wierzę w niebo. Nie siedzę wieczorem i nie zastanawiam się, czy po śmierci ktoś otworzy wielką księgę i zacznie podliczać, ile razy przeklęłam, uprawiałam seks, miałam „złe myśli” albo zrobiłam coś innego, co akurat jakaś religia uznała za grzech.
Nie obchodzi mnie to.
A mimo wszystko to satanizm ma być tym strasznym.
I wiecie co? Mnie Szatan nie przeraża ani trochę.
Za to zdanie:
„Bóg tego chce”
już trochę tak.
Bo tym zdaniem można usprawiedliwić naprawdę dużo gówna.
Można komuś powiedzieć, co ma zrobić ze swoim ciałem. Z kim może spać. Kogo może kochać. Czy powinien mieć dzieci. Jak powinien wyglądać. Co powinien jeść. Jak powinien umrzeć.
I wszystko jest zajebiście proste, bo przecież nie decyduje człowiek.
Bóg zdecydował.
Tylko dziwnym trafem wolę Boga zawsze przekazuje jakiś człowiek.
I tutaj zaczyna się mój problem.
Nie z tym, że ktoś sobie wierzy. Niech wierzy. Naprawdę mam ważniejsze rzeczy do roboty niż chodzenie za chrześcijaninem i przekonywanie go, żeby przestał być chrześcijaninem.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy jego Bóg zaczyna interesować się moją macicą, moim łóżkiem, moim życiem albo moją śmiercią.
Wtedy już mam ochotę zapytać: a może odpierdolcie się ode mnie?
To też jest zabawne, że ludziom satanizm tak często automatycznie kojarzy się z brakiem moralności.
Bo skoro nie ma Boga, to co mnie powstrzymuje?
No nie wiem.
Ja?
Jeżeli jutro ktoś ponad wszelką wątpliwość udowodniłby mi, że żadnego Boga nie ma, nie pobiegłabym mordować ludzi. Nie zaczęłabym kopać psa. Nie wrzuciłabym kota przez okno. Nie okradłabym babci.
Nic by się nie zmieniło.
Bo nie robię tych rzeczy nie dlatego, że boję się kary po śmierci.
Po prostu nie chcę być chujem.
Mam empatię. Widzę cierpienie i wiem, że nie chcę go powodować. Zwierzę czuje ból niezależnie od tego, czy istnieje Bóg. Człowiek też.
I chyba właśnie to jest dla mnie dużo bardziej logiczne niż bycie dobrym dlatego, że ktoś cały czas patrzy.
Jeśli robię coś dobrego tylko dlatego, że liczę na nagrodę, to czy naprawdę jestem dobra?
Czy po prostu robię interes?
Trochę jak karta lojalnościowa do nieba.
Dziesięć dobrych uczynków i jedenasty gratis.
No błagam.
I dlatego nie mam też zamiaru robić z LaVeya kolejnego Jezusa.
Lubię LaVeya. Jest mi bliski. Z wieloma rzeczami się zgadzam. Są takie fragmenty, przy których myślę: no kurwa, dokładnie.
I są takie, przy których myślę: nie.
I tyle.
Świat się nie zawalił.
Nie przestałam być satanistką.
LaVey był człowiekiem. Mógł mieć rację, mógł pierdolić głupoty, mógł się mylić, mógł zmieniać zdanie.
Ja też mogę.
Nie wyszłam z jednej klatki po to, żeby znaleźć sobie drugą, tylko tym razem czarną, z pentagramem i fajniejszą muzyką w tle.
To byłoby absurdalne.
Nie zamienię Biblii na Biblię Szatana i nie zacznę traktować każdej linijki jak prawdy objawionej.
Po co?
Właśnie możliwość przeczytania czegoś i powiedzenia „nie zgadzam się” jest dla mnie jedną z ważniejszych rzeczy.
Bez strachu.
Bez zastanawiania się, czy właśnie obraziłam jakąś istotę wyższą.
Bez przepraszania za własny mózg.
Jest jeszcze jedna rzecz, która zawsze cholernie mnie uwierała.
To przekonanie, że obecne życie jest właściwie tylko poczekalnią.
Tu masz być grzeczny. Tu masz się poświęcać. Czasem cierpieć. Czegoś sobie odmawiać. Nie zadawać za dużo pytań.
Bo potem będzie lepiej.
Potem.
Po śmierci.
Tylko ja nie wiem, co będzie po śmierci.
I nie mam problemu, żeby powiedzieć, że nie wiem.
Może coś.
Może nic.
Może po prostu zgasnę i tyle.
Dowiem się, jak umrę. Albo właśnie się nie dowiem, bo mnie już nie będzie.
I paradoksalnie właśnie dlatego życie jest dla mnie tak ważne.
Bo to jedno mam na pewno.
To nie jest wersja demonstracyjna.
Nie zamierzam go przesiedzieć, czekając na pełną wersję po śmierci.
Mam ludzi, których kocham. Mam zwierzęta, za które jestem odpowiedzialna. Mam muzykę. Mam rzeczy, które mnie wkurwiają i takie, które mnie cieszą. Chcę jeszcze pojechać w różne miejsca, zobaczyć różne rzeczy, zrobić kolejne tatuaże, posłuchać koncertów, popełnić jeszcze pewnie masę błędów.
Normalnie żyć.
I jeśli coś spieprzę, to też jest moje.
Nie powiem, że diabeł mnie skusił.
Nie powiem, że Bóg wystawił mnie na próbę.
Nie.
To ja coś odpierdoliłam.
I ja ponoszę konsekwencje.
Może właśnie dlatego satanizm jest mi tak bliski.
Nie dlatego, że chcę mieć nowego pana.
Właśnie dlatego, że nie chcę mieć żadnego.
Szatan jest dla mnie symbolem. Buntu, indywidualizmu, kwestionowania. Tego momentu, kiedy ktoś staje przede mną jako wielki autorytet, a ja zamiast uklęknąć pytam:
dlaczego?
I jeśli jedyną odpowiedzią jest „bo Bóg tak powiedział”, to sorry.
To mi kurwa nie wystarcza.
Nie czuję się zagubiona.
Nie czekam na zbawienie.
Nie potrzebuję nawracania.
Nie trzeba się za mnie modlić, chociaż wiem, że niektórzy i tak będą.
Róbcie, co chcecie.
Tylko jest jedna granica.
Wasza religia jest wasza.
Moje życie jest moje.
I dopóki te dwie rzeczy się nie zderzają, naprawdę możemy żyć obok siebie.
Ale kiedy ktoś próbuje podejmować decyzje dotyczące mojego życia, bo podobno jego Bóg ma dla mnie jakiś plan, wtedy przestaje mnie obchodzić, jak święte są dla niego jego przekonania.
Bo ja nie boję się Szatana.
Nigdy się go nie bałam.
Za to człowiek, który jest absolutnie pewien, że Bóg stoi po jego stronie?
Taki człowiek potrafi zrobić naprawdę pojebane rzeczy.
I jeszcze zasnąć spokojnie, przekonany, że zrobił dobrze.

Skomentuj