Narożnik. Dwa ciała, trzy strzały i 29 lat bez prawdy.

Są sprawy, które nie przerażają mnie dlatego, że są najbardziej krwawe.

Tylko dlatego, że zaczynają się kurewsko normalnie.

Dwoje ludzi jedzie w góry.

Nie w nocy.
Nie na jakieś szemrane spotkanie.
Nie do opuszczonego budynku.
Nie szukają problemów.

Po prostu idą na szlak.

Anna Kembrowska ma 22 lata. Robert Odżga 25. Studenci z Wrocławia. Góry, przyroda, zwykły wyjazd.

17 sierpnia 1997 roku Anna dzwoni jeszcze do matki z budki telefonicznej w Dusznikach-Zdroju.

Potem ruszają w stronę Karłowa.

I tyle.

To jest ten moment, który zawsze mnie rozwala.

Bo nie ma żadnego wielkiego ostrzeżenia.

Nie ma „tu zaczęło się robić podejrzanie”.

Nie ma jakiegoś pojebanego miejsca, do którego normalny człowiek by nie wlazł.

Oni po prostu idą.

A potem nie żyją.

Karłów, Szczeliniec, Błędne Skały, Duszniki, Kudowa.

Dla ludzi z Wrocławia i Dolnego Śląska to przecież nie są jakieś odległe, egzotyczne miejsca.

Tam się normalnie jeździ.

Na dzień.

Na weekend.

Ze znajomymi.

Z rodziną.

Z dziećmi.

Z psem.

Parkingi, plecaki, zdjęcia, kanapki, kolejki na Szczeliniec.

Normalna turystyka.

I właśnie dlatego ta sprawa jest taka kurewsko nieprzyjemna.

Bo człowiek lubi sobie wmawiać, że tragedie dzieją się „gdzieś”.

W złych dzielnicach.

W dziwnych miejscach.

Po ciemku.

Kiedy ktoś zrobi coś głupiego.

A tutaj nie.

Tutaj dwoje ludzi idzie sobie przez Góry Stołowe.

I ktoś ich zabija.

Ich ciała znaleziono niedaleko szlaku na Narożnik.

Nie gdzieś głęboko w pizdu, kilometry od ludzi.

Kilka czy kilkanaście metrów od trasy.

I to jest dla mnie jeden z najbardziej przerażających elementów.

Bo byłam tam.

I wiem, jak niewiele potrzeba, żeby człowiek zniknął komuś z oczu.

Idzie przed tobą ktoś na szlaku.

Chwila.

Skała.

Drzewa.

Zakret.

I już go nie ma.

Ja Narożnika nie znam tylko ze zdjęć.

Byłam tam.

I nie pojechałam tam nieświadoma.

Wręcz przeciwnie.

Znałam tę sprawę bardzo dobrze.

Wiedziałam o Annie i Robercie.

Wiedziałam, co się tam wydarzyło.

Dlatego chciałam zobaczyć to miejsce na własne oczy.

Wchodziłam na Narożnik.

Schodziłam też ze szlaku.

I może ktoś powie, że to autosugestia.

Niech mówi.

Ja wiem tylko, jak to miejsce działało na mnie.

Dla mnie panuje tam przerażająca energia.

Nie „straszna” jak w horrorze.

Nie chodzi o żadne duchy czy paranormalne pierdoły.

Po prostu jest tam coś kurewsko nieprzyjemnego.

Cisza.

Las.

Skały.

Momentami kompletnie pusto.

I jeszcze ten jebany telefon bez zasięgu.

Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni, że telefon = kontakt ze światem.

Coś się dzieje?

Dzwonisz.

Wysyłasz lokalizację.

Piszesz.

Odpalasz mapę.

A tam nagle nic.

Brak sieci.

I wtedy człowiek sobie przypomina, że to wszystko działa tylko dopóki działa.

W 1997 roku Anna i Robert nie mieli smartfonów.

Nie mieli udostępniania lokalizacji.

Nie mieli GPS-u w kieszeni.

Anna musiała wcześniej iść do budki telefonicznej, żeby zadzwonić do matki.

I jak stoję tam dzisiaj z telefonem, który nagle przestaje łapać sieć, to naprawdę zaczynam inaczej patrzeć na tę historię.

Bo jeśli coś wydarzyło się kawałek poza szlakiem, mogli być po prostu sami.

Kompletnie.

I tu pojawia się kolejne pytanie.

Dlaczego w ogóle zeszli ze szlaku?

Bo przecież jeśli normalnie szli do Karłowa, to coś sprawiło, że znaleźli się kawałek dalej.

I jedna z pierwszych rzeczy, która przychodzi mi do głowy, jest banalna.

Potrzeba fizjologiczna.

Tak po prostu.

Idziesz kilka godzin przez góry.

Chce ci się wysikać.

Schodzisz kawałek za drzewa.

Koniec filozofii.

I właśnie to jest najbardziej pojebane.

Bo może nie było żadnego „zwabienia”.

Może nie było wielkiego planu.

Może nie dali się nabrać obcej osobie.

Może po prostu któreś z nich zeszło kawałek ze szlaku, bo musiało załatwić fizjologiczną potrzebę.

I wtedy spotkali kogoś, kogo nie powinni.

Albo ktoś poszedł za nimi.

Nie wiem.

Nikt nie wie.

Ciała były częściowo obnażone.

Ubrania zsunięte.

To uruchamiało pytania o motyw seksualny albo o próbę upozorowania takiego motywu.

Ale właśnie dlatego jeszcze bardziej zastanawia mnie to zejście ze szlaku.

Bo może coś, co po 29 latach wygląda jak wielka tajemnica kryminalna, zaczęło się od najbardziej zwyczajnej rzeczy na świecie.

Od tego, że jedno z nich chciało się wysikać.

I jeśli tak było, to to jest jeszcze gorsze.

Bo wtedy naprawdę nie zrobili nic.

Po prostu mieli pecha spotkać człowieka, który ich zabił.

Robert został postrzelony dwa razy.

Anna raz.

Trzy strzały.

I potem cisza.

Ktoś z tego miejsca odszedł.

Normalnie.

I przez 29 lat nie został wskazany.

To jest dla mnie niepojęte.

Jeszcze bardziej siedzi mi w głowie aparat Anny.

Zenit TTL.

Popularny aparat.

Nie jakiś sprzęt za fortunę.

I po zabójstwie znika.

Do dziś się nie odnalazł.

I ja naprawdę nie umiem na to patrzeć i nie myśleć:

po chuj ktoś go zabrał?

Jeśli chodziło o rabunek, to serio?

Dwoje ludzi zabitych dla Zenita?

No nie klei mi się to.

I wtedy pojawia się druga rzecz.

Nie aparat.

Klisza.

Co było na zdjęciach?

Kogo Anna fotografowała?

Czy zrobiła zdjęcie komuś po drodze?

Czy uchwyciła coś, czego nie powinna?

Czy miała na filmie osobę, która później stanęła przed nimi z bronią?

Nie wiem.

I nie będę pisała „na pewno sfotografowała mordercę”, bo to byłoby zwykłe dopisywanie historii.

Ale trudno, kurwa, nie zadać sobie tego pytania.

Zwłaszcza że aparat nigdy się nie odnalazł.

A do tego zniknął pamiętnik Anny.

No kurwa.

Aparat.

Pamiętnik.

Dwie rzeczy, które potencjalnie mogły mówić, gdzie byli, kogo spotkali, co widzieli.

I obu nie ma.

Jak tego nie mielić w głowie?

Może na kliszy były tylko skały.

Może Robert.

Może drzewa.

Może widoki.

Może zwykłe zdjęcia z wyjazdu.

A może jedno zdjęcie dziś rozwaliłoby tę sprawę na pół.

I nigdy go nie zobaczymy.

Aparat może gdzieś zgnić na strychu.

Może ktoś go dawno wyrzucił.

Może został sprzedany.

Może trzymał go ktoś, kto nie miał pojęcia, co ma w rękach.

Albo ktoś wiedział doskonale.

I właśnie takich rzeczy nie znoszę w niewyjaśnionych sprawach.

Nie tej całej otoczki true crime.

Tylko świadomości, że odpowiedź mogła być kiedyś tak cholernie blisko.

W kliszy.

W pamiętniku.

W jednym zeznaniu.

W jednym szczególe, który wtedy wyglądał jak pierdoła.

Potem mija czas.

Ludzie zapominają.

Ktoś umiera.

Ktoś coś pamięta inaczej.

Jakiś przedmiot znika.

I po 29 latach zostaje masa teorii.

Rabunek.

Motyw seksualny.

Środowiska neonazistowskie.

Przypadkowe spotkanie.

Ktoś widziany w okolicy.

Aparat.

Broń.

Pamiętnik.

Można z tego ulepić sto historii.

I każda będzie brzmiała „możliwie”.

Tylko możliwe to nadal nie znaczy prawdziwe.

I tego chcę się trzymać.

Bo Anna i Robert to nie są postacie z serialu.

Nie będę robiła z ich śmierci zabawy w „zgadnij mordercę”.

Można analizować.

Można pytać.

Można się zastanawiać.

Ale jak czegoś nie wiemy, to nie wiemy.

Koniec.

Najbardziej męczy mnie jedna rzecz.

Anna i Robert nie wrócili z Narożnika.

Ale ich zabójca wrócił.

Ktoś zszedł z tych gór.

Wrócił do samochodu, domu, pracy, znajomych, rodziny, czegokolwiek.

Mijały kolejne lata.

Święta.

Urodziny.

Normalne życie.

A gdzieś w tym wszystkim był człowiek, który wiedział dokładnie, co wydarzyło się 17 sierpnia 1997 roku.

Może już nie żyje.

Może żyje.

Może ktoś jeszcze zna prawdę.

Może ktoś wiedział od początku.

Nie wiem.

I właśnie to „nie wiem” jest tutaj najbardziej wkurwiające.

Kiedy byłam na Narożniku, miałam gdzieś z tyłu głowy ich imiona.

Anna.

Robert.

Ludzie obok normalnie szli.

Ktoś robił zdjęcia.

Ktoś gadał.

Ktoś odpoczywał.

Normalny dzień w Górach Stołowych.

Ja stamtąd zeszłam.

Wróciłam do domu.

Oni nie.

I nie chcę kończyć tego tekstu jakimś ładnym, poetyckim zdaniem, bo nie ma tutaj nic ładnego.

Jest tylko jedna jebana rzecz.

Minęło 29 lat.

I dalej nie wiemy.

Kto zabił Annę Kembrowską i Roberta Odżgę?

Skomentuj