Wrzesień był już bardziej konkretny niż całe lato.
Mniej wakacyjnego burdelu.
Więcej premier, które faktycznie miały swoje pięć minut i które od razu zaczęły żyć własnym życiem.
I od razu zaznaczę jedną rzecz.
Nie będę tutaj udawała pełnych recenzji płyt, których jeszcze nie przesłuchałam porządnie od początku do końca.
Zwłaszcza Behemotha i Mansona.
Bo mogę napisać, że coś wyszło.
Mogę powiedzieć, że chcę do tego usiąść.
Ale nie będę robiła recenzji po jednym numerze i pięciu minutach przewijania Spotify.
To jest bez sensu.
Behemoth zaczął miesiąc po swojemu
4 września wyszło I, Scvlptor.
I tyle na razie ode mnie.
Serio.
Nie będę teraz udawała, że już wiem, czy to jest zajebiste, przeciętne czy przereklamowane.
Przesłucham.
Porządnie.
Najlepiej kilka razy.
I wtedy zrobię osobną recenzję.
Behemoth jest dokładnie takim zespołem, przy którym nie chcę pisać „wow, mroczne, ciężkie” i udawać, że to analiza.
Albo mam coś do powiedzenia, albo nie.
Wrzesień szybko zrobił się jesienny
11 września zrobiło się dużo bardziej w moim klimacie.
Green Lung – Necropolitan.
Sam tytuł już robi robotę.
Londyn.
Cmentarze.
Folklor.
Okultyzm.
Śmierć.
No kurwa.
Wrzesień jest idealnym miesiącem na takie rzeczy.
Nie wszystko musi być black metalem, żeby mieć mrok.
I Green Lung dobrze to pokazuje.
Można zrobić coś ciężkiego, trochę retro, trochę sabbathowego, bez corpse paintu i bez udawania Norwegii 1993, a nadal mieć własny, ciemny klimat.
Tego samego dnia pojawiła się też reedycja Sanctus Diavolos Rotting Christ. I to warto od razu zaznaczyć: reedycja, nie nowy album. Season of Mist podaje premierę tego wydania na 11 września.
Bo nie lubię, kiedy wszystko wrzuca się do jednego worka jako „nowa premiera”, mimo że materiał ma swoje lata.
18 września było już gęsto
Anthrax – Cursum Perficio.
Pierwszy studyjny album po bardzo długiej przerwie.
I przy takich powrotach zawsze mam podobny problem.
Z jednej strony:
dobra, legenda, wiadomo.
Z drugiej:
czy ja naprawdę potrzebuję kolejnej płyty zespołu, który istnieje od tylu dekad?
I czasem okazuje się, że tak.
Nie dlatego, że ktoś nagle wynajdzie thrash metal od nowa.
Nie wynajdzie.
Ale dobrze jest usłyszeć stary zespół, który nadal brzmi jak żywy zespół, a nie jak własny tribute band.
18 września Season of Mist wypuściło też dwa materiały Hulder: De Oproeping Van Middeleeuwse Duisternis i Godslastering: Hymns of a Forlorn Peasantry, a tego samego dnia live album Nytt Land.
Czyli jeśli ktoś chciał wejść we wrzesień bardziej ponuro, spokojnie miał czym.
A Manson?
Tak.
Manson też jest świeży.
Ale nie wrześniowy.
I to trzeba poprawić, bo nie będę wciskała go do września tylko dlatego, że nadal jest nowy.
One Assassination Under God – Chapter 2 wyszło 14 sierpnia 2026.
Więc formalnie powinien siedzieć jeszcze w podsumowaniu lata.
Ale ja i tak będę go słuchać teraz, bo chcę zrobić z niego osobną recenzję.
I tutaj mam dokładnie to samo podejście co przy Behemocie.
Nie interesuje mnie recenzja po jednym odsłuchu.
Nie interesuje mnie „pierwsze wrażenie po 20 minutach”.
Mansona słucham od lat, więc chcę wiedzieć, czy po kilku odsłuchach nadal coś mnie ciągnie do tej płyty.
Czy jakiś numer zaczyna siedzieć w głowie.
Czy coś mnie wkurwia.
Czy coś mnie rozczarowuje.
Czy wracam.
Dopiero wtedy jest sens pisać.
25 września zrobiło się zupełnie inaczej
Gåte – Sigil.
Oficjalna premiera: 25 września.
I tutaj metal trochę schodzi ze środka sceny.
Norweski folk.
Ciężkie gitary.
Elektronika.
Hardanger fiddle.
Stare motywy i legendy, ale przerobione na coś współczesnego, zamiast muzealnej rekonstrukcji.
To lubię.
Bo po kilku rzeczach, które cały czas próbują napierdalać, dobrze odpalić coś, co ma przestrzeń.
Nie wszystko musi cały czas walić po mordzie.
Czasem wystarczy, że ma klimat.
A Sigil zdecydowanie ma.
I co właściwie zostało mi z września?
Najbardziej to, że nie da się powiedzieć:
„wrzesień 2026 brzmiał tak”.
Bo jak?
Behemoth.
Anthrax.
Green Lung.
Gåte.
Rotting Christ.
Hulder.
To są różne światy.
I dobrze.
Nie chcę metalu, który brzmi jedną rzeczą.
Nie chcę też robić recenzji na siłę tylko dlatego, że premiera już była.
Manson dostanie swoją.
Behemoth dostanie swoją.
Jak je przesłucham.
Normalnie.
Kilka razy.
I wtedy będzie można napisać, co naprawdę siadło, co było przereklamowane, co mnie wkurwiło i czego nie mam zamiaru odpalać drugi raz.
Na razie wystarczy jedno:
wrzesień nie był nudny. Ani trochę.
A teraz wchodzimy w Metalowy Radar.
Co tydzień.
Bez katalogu wszystkiego.
Tylko rzeczy, które naprawdę warto odpalić.

Skomentuj