Metalowe lato 2026. Co mi naprawdę zostało w głowie?

Nie mam zamiaru udawać, że przez całe lato siedziałam z kalendarzem premier i grzecznie odhaczałam każdą płytę.

Nie siedziałam.

I chyba właśnie dlatego wolę takie podsumowanie niż listę „50 najlepszych albumów lata”, gdzie połowy człowiek nawet nie pamięta tydzień później.

Czerwiec, lipiec, sierpień.

Trochę nowych płyt.

Trochę powrotów.

Trochę rzeczy, które od razu mnie zainteresowały.

Trochę takich, przy których pomyślałam: dobra, sprawdzę później.

A potem oczywiście nie sprawdziłam.

Normalnie.

I było tego naprawdę sporo.

Czerwiec

5 czerwca właściwie od razu zrobił się tłok.

August Burns Red wypuścili Season Of Surrender, swój jedenasty album. Tego samego dnia Converge wydali Hum Of Hurt, zaledwie kilka miesięcy po wcześniejszym Love Is Not Enough. Oba materiały powstawały przez lata i miały się ze sobą łączyć. 

I tutaj właśnie zaczyna się rzecz, którą lubię w metalu.

Jednego dnia możesz dostać dwa kompletnie różne rodzaje ciężaru.

August Burns Red — bardziej uporządkowane, techniczne, mocne.

Converge — jakby ktoś miał nerwicę, rozwalił pokój i nagrał to na płytę.

I nie mówię tego jako zarzutu.

Wręcz przeciwnie.

Potem 12 czerwca wyszło Khemmis.

Pierwsza pełna płyta Khemmis od pięciu lat. Doom, ciężar, melodie i zero pośpiechu. 

I czasem właśnie tego potrzebuję bardziej niż kolejnego zespołu, który próbuje mnie zabić tempem.

19 czerwca wrócił też Warning z Rituals Of Shame.

Pierwszy album od dwudziestu lat. 

Dwadzieścia lat.

Ja naprawdę lubię takie powroty bardziej niż zespoły, które co osiem miesięcy wypuszczają kolejną wersję tej samej płyty.

Jeżeli wracasz po dwóch dekadach, to chociaż człowiek ma poczucie, że może faktycznie masz po co.

A 26 czerwca zrobiło się już totalnie różnorodnie.

NunSlaughter – Satanic Chaos Legions.

Sama nazwa brzmi subtelnie mniej więcej jak cegła wrzucona przez witraż.

I dobrze.

Nie wszystko musi być eleganckie.

Nie wszystko musi być nowoczesne.

Czasem chcę czegoś, co po prostu śmierdzi piwnicą, starym metalem i Szatanem. Album wyszedł 26 czerwca. 

Tego samego dnia wyszło Dear God The Pretty Reckless, a także Ghosts Of Europa Mortiisa. 

I właśnie Mortiis bardziej przykuwa mnie automatycznie.

Norwegia.

Dziwność.

Darkwave, industrial, ambient.

Nie muszę nawet wiedzieć wszystkiego o płycie, żeby przynajmniej sprawdzić, co tam odpierdala.

To jest ten typ nazwiska, przy którym mój mózg mówi:

dobra, kliknij.

Lipiec

10 lipca DevilDriver wydali Strike And Kill. To jedenasty album zespołu i pierwszy od czasów Beast z Jonem Millerem ponownie na basie. 

I tu nie potrzebuję żadnej wielkiej filozofii.

Czasem groove metal ma po prostu zrobić:

łup.

Riff.

Ciężar.

Koniec.

Nie wszystko musi próbować zmienić historię muzyki.

17 lipca wyszło A Stranger To You Loathe. 

I ten typ grania jest właśnie dobrym przykładem na to, że obecny metal nie musi już nikomu udowadniać, jak bardzo jest „metalowy”.

Może wejść shoegaze.

Może elektronika.

Może zrobi się miękko, a chwilę później ściana dźwięku.

I mi to nie przeszkadza.

Bardziej męczą mnie zespoły, które boją się zrobić cokolwiek innego, żeby przypadkiem ktoś w komentarzu nie napisał:

„to już nie metal”.

No i?

Pod koniec miesiąca, 24 lipca, Madball wydali Not Your Kingdom. 

Czyli również hardcore nie zamierzał siedzieć cicho.

W lipcu wyszło też sporo pojedynczych numerów, ale nie chcę tutaj robić katalogu wszystkiego, co pojawiło się na Spotify.

To ma być podsumowanie.

Nie księgowość.

Sierpień był już totalnym rozjazdem gatunkowym

7 sierpnia Electric Callboy wydali TANZNEID. 

I ja naprawdę lubię, że ten zespół doprowadza purystów do szału.

Metalcore.

Elektronika.

Eurodance.

Głupawka.

Kolory.

RATATATA z BABYMETAL, współpraca z The Offspring, remiksy, impreza i zero przepraszania za to, że metal może być zabawny. 

Naprawdę nie wszystko musi wyglądać jak pięciu facetów stojących w lesie i patrzących groźnie w obiektyw.

Las bardzo lubię.

Groźne patrzenie też.

Ale czasami chcę muzykę, przy której można się po prostu dobrze bawić.

I tyle.

Potem 28 sierpnia wyszedł Marrow Deep Mastodon.

Trzynaście utworów. Materiał mocno związany z żałobą, stratą, wpływem bliskich ludzi i próbą przejścia przez to wszystko dalej. 

I tu robi się zupełnie inaczej.

Bo nagle nie chodzi już o imprezę, breakdown czy zajebisty riff dla samego riffu.

Mastodon od dawna potrafią robić muzykę, która brzmi ciężko bez konieczności bycia prosta.

I chyba właśnie takie płyty zostają dłużej niż kolejna premiera, której tytułu nie pamiętam po miesiącu.

Tego samego dnia wyszło też Dark Asylum Kamelot. Zespół zbudował całość wokół mrocznego, neowiktoriańskiego konceptu RavenHill Asylum. 

Symfoniczny metal jest czasem cholernie łatwy do przedobrzenia.

Jeszcze jeden chór.

Jeszcze więcej orkiestry.

Jeszcze jeden dramatyczny refren.

I robi się muzyczny tort z siedemnastoma warstwami kremu.

Ale kiedy to działa, działa świetnie.

Dzień później Fear Factory wypuścili „Roboticist”.

I to był już bardziej moment:

o, dobra.

Nowa era.

To pierwszy nagrany materiał obecnego składu z Milo Silvestro na wokalu, Pete’em Webberem na perkusji i Tonym Camposem na basie. 

Fear Factory i maszyny.

Człowiek zaskoczony jak śniegiem w styczniu.

Ale serio — czasem nie potrzebuję rewolucji.

Chcę usłyszeć charakterystyczny rytm i od razu wiedzieć:

tak, to oni.

I co z tego lata właściwie zostało?

Najbardziej chyba to, że metal nadal jest totalnym burdelem.

I bardzo dobrze.

W jednym sezonie masz Converge, Khemmis, Warning, NunSlaughter, Loathe, Electric Callboy, Mastodon, Kamelot i Fear Factory.

Spróbuj powiedzieć, że to wszystko brzmi tak samo.

Nie brzmi.

I właśnie dlatego śmieszy mnie trochę gadanie, że „metal kiedyś był lepszy”.

Nie.

Kiedyś był inny.

I oczywiście nadal wychodzi dużo gówna.

Nie będę robić z każdej nowej płyty wydarzenia dekady tylko dlatego, że ma gitarę.

Ale przynajmniej nie ma nudy.

Masz doom.

Masz hardcore.

Masz metalcore z elektroniką.

Masz death/blackowy syf.

Masz progresywne rzeczy.

Masz symfoniczny przepych.

Masz industrial.

Każdy może sobie znaleźć coś dla siebie, a potem oczywiście pokłócić się w internecie, że wszystko inne „nie jest prawdziwym metalem”.

Tradycja musi być.

Dla mnie to lato miało kilka rzeczy do nadrobienia, kilka do ponownego odpalenia i kilka takich, których może już nigdy nie włączę.

I dokładnie tak ma być.

Nie wszystko musi zostać ze mną.

Ale jeśli po trzech miesiącach nadal pamiętam nazwę płyty i mam ochotę wrócić do któregoś numeru, to już jest coś.

A za chwilę wrzesień.

I tam już zrobiło się jeszcze ciekawiej.

Skomentuj