18 września 2026 roku Świadkowie Jehowy ogłosili zmianę dotyczącą krwi.
Przeczytałam komunikat. Potem drugi raz.
I pierwsza myśl była właściwie pozytywna — w końcu.
Jeżeli dzięki tej zmianie ktoś przyjmie leczenie, którego wcześniej by odmówił, i dzięki temu przeżyje, to zajebiście. Naprawdę.
Tylko potem zaczęłam się nad tym zastanawiać.
I zaczęło mnie to wkurwiać.
Od teraz przyjęcie krwinek czerwonych, krwinek białych, płytek krwi albo osocza ma być osobistą decyzją sumienia Świadka Jehowy.
Problem w tym, że wcześniej nie przedstawiano tego jako decyzji sumienia.
W Strażnicy z 2000 roku przyjęcie pełnej krwi albo jednego z jej czterech podstawowych składników określano jako pogwałcenie prawa Bożego.
I właśnie tutaj mam problem.
Duży.
Bo „prawo Boże” brzmi dość jednoznacznie. Jeżeli ktoś naprawdę wierzy, że Biblia jest słowem Boga, Świadkowie są jego organizacją, a przekazywane przez nią nauki pochodzą od niego, to „pogwałcenie prawa Bożego” nie jest luźną sugestią.
A teraz?
Teraz możesz zdecydować sam.
No to co się, kurwa, zmieniło?
Krew jest ta sama. Biblia jest ta sama.
Bóg zmienił zdanie?
Czy może zmienili je ludzie?
Bo jeśli zmienili je ludzie, to może należałoby w końcu powiedzieć wprost, że były to interpretacje ludzi, zamiast przez lata przedstawiać je jako wymagania Boga.
I nie mówimy tutaj o pierdołach.
Nie interesuje mnie w tym momencie, czy Świadek może mieć brodę, jakie może założyć spodnie ani co wypada mu zrobić na urodziny.
Mówimy o człowieku leżącym w szpitalu.
O lekarzu mówiącym, że potrzebna jest transfuzja.
O decyzji, której czasami nie da się później cofnąć.
Dzisiaj taki człowiek może usłyszeć, że przyjęcie jednego z czterech głównych składników krwi jest kwestią jego sumienia.
A dwadzieścia kilka lat temu mógł przeczytać, że przyjęcie któregoś z nich oznacza pogwałcenie prawa Boga.
To dlaczego jego sumienie wtedy nie wystarczało?
Dlaczego dopiero teraz?
I przede wszystkim — co z ludźmi, którzy podejmowali te decyzje wcześniej?
I podobno to ja jestem satanistką
Tutaj zaczyna się coś, czego naprawdę nie potrafię potraktować bez emocji.
Jestem satanistką.
Nie wierzę w chrześcijańskiego Boga. Nie uważam Biblii za nieomylną instrukcję obsługi życia. Nie potrzebuję Ciała Kierowniczego, księdza ani żadnego innego religijnego autorytetu do decydowania, co mam zrobić ze swoim ciałem.
A mimo tego — albo właśnie dlatego — życie ma dla mnie ogromną wartość.
Nie zamierzam się nim bawić.
Jeżeli jutro wyląduję w szpitalu i lekarz powie mi, że potrzebuję transfuzji, żeby przeżyć, nie będę leżała i zastanawiała się, co powiedzieliby na ten temat starsi zboru.
Będę rozmawiała z lekarzem.
Chcę wiedzieć, jakie jest ryzyko, jakie mam możliwości i co daje mi największą szansę.
Jeżeli odpowiedzią będzie transfuzja, to ją przyjmę.
Bo chcę żyć.
I właśnie tutaj widzę kurewsko gorzką ironię.
Satanizm można przedstawiać jako coś złego, mrocznego i niemoralnego. Można straszyć diabłem, demonami i wszystkim, co tylko przyjdzie do głowy.
A ja, satanistka, w sytuacji zagrożenia życia wybiorę jego ratowanie.
Nie będę czekała, aż grupa ludzi po drugiej stronie oceanu zdecyduje, który składnik mojego organizmu jest aktualnie dozwolony.
Nie będę też zakładała, że dzisiejsze „nie wolno” nadal będzie oznaczało „nie wolno” za dwadzieścia lat.
Bo mogę tych dwudziestu lat zwyczajnie nie dostać.
I tak — jako satanistka bardziej cenię realne życie niż religijny zakaz dotyczący sposobu jego ratowania.
Nie potrzebuję obietnicy przyszłego życia, żeby szanować to, które istnieje teraz.
Mam jedno.
I nie będę nim grała.
Zwierzę nie ma religii
Ze zwierzętami sprawa jest dla mnie jeszcze prostsza.
Gdyby którekolwiek z moich zwierząt potrzebowało transfuzji, zgodziłabym się.
Nie musiałabym się nad tym zastanawiać przez trzy dni ani pytać kogokolwiek o zgodę.
Jeżeli weterynarz powiedziałby mi, że moja kotka potrzebuje krwi i transfuzja daje jej szansę przeżycia, dostałby zgodę.
Pies? Tak samo.
Królik? Tak samo.
I kompletnie nie widzę sensu konsultowania leczenia chorego zwierzęcia z jakimś starszym zboru.
Po co?
Żeby powiedział mi, czy kotu wolno dostać osocze? Czy pies może mieć transfuzję? Czy królik powinien odmówić krwi ze względów religijnych?
Już samo napisanie tego brzmi absurdalnie.
Zwierzę nie ma religii.
Mój kot nie jest satanistą dlatego, że ja jestem satanistką.
Nie jest też chrześcijaninem ani Świadkiem Jehowy. Nie uznaje Ciała Kierowniczego, nie czyta Biblii i nie ma żadnego zdania na temat interpretacji Dziejów Apostolskich.
Jest kotem.
Jak jest chory, potrzebuje weterynarza, a nie teologa.
Jeżeli weterynarz mówi mi, że potrzebna jest transfuzja, rozmawiam z nim o transfuzji. O rokowaniu, badaniach, zgodności krwi, możliwych powikłaniach.
Nie pytam starszego zboru o pozwolenie.
To nie starszy odpowiada za moje zwierzę.
Ja odpowiadam.
I zrobię wszystko, co rozsądnie mogę zrobić, żeby je ratować.
Z jedzeniem krwi mam podobne podejście.
Jeżeli ktoś ze względów religijnych nie chce jeść kaszanki z krwią — niech nie je. Serio. Nie interesuje mnie to.
Ja też jej nie jem.
W ogóle nie jem mięsa i najchętniej widziałabym ludzi rezygnujących z jego jedzenia. Człowiek może funkcjonować na prawidłowo zaplanowanej diecie roślinnej.
Ale kot nie jest człowiekiem.
Ja mogę być weganką. Mój kot nie może.
Kot jest bezwzględnym mięsożercą i nie zamierzam robić z niego weganki tylko dlatego, że sama nią jestem.
Moja etyka nie polega na zmuszaniu zwierzęcia do funkcjonowania wbrew jego biologii. Skoro zdecydowałam się nim opiekować, to mam obowiązek zapewnić mu to, czego potrzebuje, a nie to, co lepiej pasuje do mojego światopoglądu.
I dlatego kompletnie nie przeszkadzają mi składniki pochodzące z krwi w żywieniu zwierząt, jeżeli są potrzebne w konkretnej, prawidłowo ułożonej diecie.
Przy BARF-ie wykorzystuje się takie produkty. Pokusa ma chociażby Blood Plasma, czyli suplement z osocza krwi wieprzowej przeznaczony dla psów i kotów.
Dla mnie to po prostu materiał biologiczny.
Ma konkretny skład. Ma konkretne zastosowanie.
Nie widzę w nim niczego mistycznego.
Jeżeli prawidłowo ułożona receptura wymaga konkretnego suplementu pochodzącego z krwi, zwierzę go dostanie.
I tutaj dochodzimy do czegoś, co w zasadach Świadków jest dla mnie jeszcze dziwniejsze, bo religijne ograniczenia nie dotyczą wyłącznie transfuzji. Świadkowie powstrzymują się również od spożywania krwi.
Dla mnie osocze nadal jest osoczem.
Nie zmienia się w jakiś magiczny symbol tylko dlatego, że znalazło się w jedzeniu.
Człowiek może powiedzieć, że nie chce czegoś jeść z powodów religijnych. Jego ciało, jego religia, jego wybór.
Ale zwierzę nie podjęło takiej decyzji.
Nie będę przenosiła cudzej religii na organizm drapieżnika.
Jeżeli kot potrzebuje mięsa, dostaje mięso. Jeżeli jego dieta wymaga określonego składnika pochodzenia zwierzęcego, dostaje ten składnik. Jeżeli kiedyś będzie potrzebował krwi w lecznicy, dostanie krew.
Zwierzę nie jest uczestnikiem religii swojego właściciela.
I dla mnie narzucanie mu ograniczeń wynikających wyłącznie z ludzkiej wiary, kiedy zaczynają kolidować z jego zdrowiem, jest kompletnie nie do przyjęcia.
Niech człowiek nie je kaszanki.
Mojego kota proszę zostawić z tego w spokoju.
Ale wróćmy do ludzi
Bo moje zwierzęta są tutaj dygresją.
Sednem nadal pozostaje człowiek.
I najbardziej przeraża mnie to, że konsekwencji doktryny nie ponosi jakaś abstrakcyjna „organizacja”.
Ponosi je ciało konkretnego człowieka.
Nie mam nawet ochoty wyzywać zwykłego Świadka, który odmówił krwi. Łatwo powiedzieć z zewnątrz, że przecież sam zdecydował.
Tylko jeśli ktoś od dziecka słyszy, że to jest prawda, że znalazł organizację Boga i że konkretne zasady wynikają z Biblii, to może w to naprawdę wierzyć.
Może naprawdę uwierzyć, że odmawiając krwi, wybiera Boga.
Nawet kiedy ceną jest jego życie.
I to jest dla mnie dużo bardziej przerażające niż jakaś „głupota owieczek”.
Władza nad cudzym sumieniem.
Dlatego moja złość nie idzie przede wszystkim w stronę człowieka leżącego w szpitalu.
Idzie wyżej.
Do ludzi, którzy roszczą sobie prawo do interpretowania woli Boga dla milionów innych ludzi.
Bo to człowiek na dole ponosi konsekwencje własnym ciałem.
Ludzie na górze mogą po latach zmienić interpretację, wydać nowy komunikat i powiedzieć, że teraz rozumieją tę sprawę inaczej.
No właśnie.
A co z tym, który nie żyje?
Co powiedzieć rodzinie człowieka, który kiedyś odmówił jednego z tych składników właśnie dlatego, że wierzył, że przyjęcie go oznacza złamanie prawa Boga?
Że teraz rozumiecie to lepiej?
I co im to da?
Nie cofnie czasu. Nie cofnie tamtej decyzji.
Dlatego tak bardzo drażni mnie używanie boskiego autorytetu do regulowania spraw, w których pomyłka może mieć nieodwracalne skutki.
Ludzie mogą się mylić.
Ja się mylę.
Lekarz może się pomylić.
Naukowiec może się pomylić.
Ciało Kierownicze też może się pomylić.
Tylko kiedy ja czegoś nie wiem, mówię, że nie wiem.
Nie mówię drugiemu człowiekowi, że tego wymaga od niego Bóg.
Bo jeśli później zmienię zdanie, mogę najwyżej przyznać, że się myliłam.
A on może już nie mieć możliwości usłyszenia mojego sprostowania.
Moje sumienie nie mieszka w Warwick
Dlatego zmiana z 2026 roku jest dla mnie jednocześnie czymś dobrym i czymś potwornie gorzkim.
Dobrze, że więcej decyzji pozostawiono człowiekowi.
Naprawdę.
Tylko dlaczego trzeba było czekać do 2026 roku?
Dlaczego coś, co wcześniej określano jako pogwałcenie prawa Boga, teraz może zostać pozostawione sumieniu?
I skoro dzisiaj można powiedzieć człowiekowi „sam zdecyduj”, to dlaczego nie można było powiedzieć mu tego wcześniej?
Ja takiej zgody nie potrzebuję.
Gdybym potrzebowała transfuzji, będę ratowała swoje życie.
Gdyby potrzebował jej mój kot, pies czy królik, będę ratowała jego życie.
Jeżeli moje zwierzę potrzebuje w diecie składnika pochodzącego z krwi, nie będę pytała religijnych przywódców, czy wolno mi go podać.
Bo moje sumienie nie mieszka w Warwick.
I życie mojego zwierzęcia też tam nie należy.
Możecie powiedzieć, że jestem satanistką.
Jestem.
I właśnie jako satanistka nie potrzebuję religijnej obietnicy zmartwychwstania, żeby uważać życie za coś, czego nie należy lekkomyślnie wyrzucać.
Dla mnie to naprawdę nie jest skomplikowane. Jeżeli mogę ratować człowieka albo zwierzę, będę próbowała je ratować. Nie będę najpierw sprawdzać, czy Warwick zdążył już zmienić zdanie.
A jeżeli ktoś chce przekonać drugiego człowieka, żeby z możliwości ratowania życia zrezygnował w imię Boga, to powinien być cholernie pewny, że naprawdę przemawia w jego imieniu.
Bo publikację można później poprawić. Starą interpretację zastąpić nową. Doktrynę również da się zmienić.
Tylko jeżeli ktoś przez tę starą interpretację już nie żyje, jemu żadnej aktualizacji zrobić się nie da.

Skomentuj