Kiedy okładka przestaje być sztuką. Dead i the dawn of the black hearts

Mam tę płytę. I kupując ją, nie miałam pojęcia, na co właściwie patrzę.

Byłam przekonana, że okładka The Dawn of the Black Hearts jest inscenizowana. No bo serio — to black metal. Krew, trumny, corpse paint, cmentarze, kości i wszystko, co dla przeciętnego człowieka wygląda makabrycznie, tutaj raczej nikogo szczególnie nie dziwi. Uznałam więc, że ktoś to upozował, zrobił charakteryzację, może przerobił zdjęcie. Cokolwiek.

Nie przyszło mi do głowy, że to jest prawdziwe.

A jest.

Na okładce naprawdę znajduje się ciało Deada po jego samobójstwie.

Kiedy się o tym dowiedziałam, nie pomyślałam „ale zajebista, ekstremalna okładka”.

Pomyślałam raczej:

co ja, kurwa, właściwie kupiłam?

Dead poza okładką

Per Yngve Ohlin miał 22 lata, kiedy umarł.

Dzisiaj „Dead” jest już właściwie postacią legendarną. Wokalista Mayhem, corpse paint, samookaleczanie na scenie, fascynacja śmiercią. Do tego cała sterta historii powtarzanych przez lata.

Niektóre brzmią wręcz absurdalnie.

Zakopywał swoje ubrania przed koncertami, a później je wykopywał i w nich występował. Chciał, żeby wyglądały i pachniały jak coś wyciągniętego z ziemi.

Według relacji był też martwy kruk, którego miał przechowywać w torbie i wąchać przed występami.

I nie wygląda to już jak facet, który po prostu wymyślił sobie mroczny wizerunek na scenę. Nie było tak, że kończył koncert, zmywał corpse paint i temat śmierci przestawał istnieć.

Dead był śmiercią naprawdę pochłonięty.

I łatwo teraz przeczytać historię o zakopywaniu ciuchów czy martwym kruku i stwierdzić: ale pojebany typ.

Sama pewnie tak bym powiedziała.

Tylko że znając zakończenie jego historii, jakoś przestaje mnie to bawić.

Bo Dead to nie tylko zbiór najbardziej makabrycznych anegdot z historii Mayhem. Pod tym wszystkim był bardzo młody człowiek.

I skończyło się dokładnie tym, wokół czego kręciła się ogromna część jego życia.

Śmiercią.

8 kwietnia 1991

Dead odebrał sobie życie 8 kwietnia 1991 roku w domu w Kråkstad, w którym mieszkali muzycy Mayhem.

Znalazł go Euronymous — Øystein Aarseth.

I tutaj dochodzimy do rzeczy, której naprawdę nie potrafię zrozumieć.

Euronymous zrobił zdjęcia jego ciała.

I co ja mam właściwie o tym napisać?

Bo można dorabiać do tego całą ideologię wczesnego black metalu, ekstremalności, pogardy dla śmierci i chuj wie czego jeszcze.

Tylko po co?

Znajdujesz martwego kolegę.

I robisz mu zdjęcia.

Jak bardzo trzeba mieć najebane w głowie, żeby w takiej sytuacji pomyśleć o aparacie?

Necrobutcher później bardzo źle wypowiadał się o tym zachowaniu. Uważał je za brak szacunku i mówił Euronymousowi, żeby pozbył się fotografii.

I akurat tutaj jestem całkowicie po jego stronie.

Co może wydawać się trochę absurdalne, bo moja granica tego, co mnie oburza, naprawdę nie leży szczególnie blisko.

Możesz śpiewać o śmierci. Wyglądać jak zwłoki. Palić krzyże na scenie. Robić chore okładki. Możesz nawet podpalać kościoły — mnie osobiście sam ten fakt nie oburza.

Nie zachęcam nikogo do podpalania czegokolwiek. Po prostu nie będę udawała oburzenia, którego nie czuję.

A zdjęcie Deada mnie rusza.

Może dlatego, że tutaj nie ma symbolu ani przedstawienia śmierci.

Tu jest martwy człowiek.

I to jeszcze człowiek, którego fotograf znał.

Dla mnie to jest zupełnie inna rzecz.

I jakim cudem to trafiło na okładkę?

Często spotykałam się z takim skrótem tej historii, jakby Euronymous zrobił zdjęcie, a potem sam wydał płytę z martwym Deadem na okładce.

Nie było tak.

The Dawn of the Black Hearts to bootleg. Główne nagranie pochodzi z koncertu Mayhem w Sarpsborgu z 28 lutego 1990 roku. Dead wtedy oczywiście jeszcze żył.

Wydanie z tą okładką ukazało się dopiero w 1995 roku. Nie żył już wtedy ani Dead, ani Euronymous.

Za wydaniem stał Mauricio „Bull Metal” Montoya, właściciel kolumbijskiego Warmaster Records. To na tym wydaniu wykorzystano fotografię wykonaną przez Euronymousa.

Więc nie — Euronymous nie wydał tej płyty.

Ale zdjęcia zrobił.

I nie potrzebuję dopisywać mu niczego więcej, żeby uważać to za kurewsko nie w porządku.

Najdziwniejsze jest to, że sama ją kupiłam

Chyba dlatego ten temat tak mi siedzi.

Bo gdybym tylko zobaczyła tę okładkę gdzieś w internecie, przeczytała jej historię i tyle, pewnie odbierałabym ją trochę inaczej.

Ale ja tę płytę mam.

Kupiłam ją. Trzymałam w rękach. Patrzyłam na okładkę.

I nie wiedziałam.

Byłam święcie przekonana, że patrzę na inscenizację.

Potem dowiadujesz się, że nie. Że to, co masz przed oczami, wydarzyło się naprawdę.

I nagle ta sama okładka wygląda kompletnie inaczej.

Przestajesz widzieć „kultową okładkę Mayhem”.

Ja przynajmniej przestałam.

Widzę Deada.

22-letniego człowieka po samobójstwie.

I chyba bardziej niż samo zdjęcie przeraża mnie to, co stało się z nim później. Zostało powielone, wydrukowane, sprzedane. Płyta stała się kultowa. Ludzie ją kolekcjonują.

Ja też ją kupiłam.

Tyle że nawet nie wiedziałam, co właściwie kupuję.

Nie chodzi mi o to, że nie wolno pokazywać śmierci

Bo wolno.

Nie mam problemu z fotografiami zwłok tylko dlatego, że przedstawiają zwłoki. Zdjęcia z wojen, katastrof czy miejsc zbrodni mają znaczenie dokumentalne. Czasem powinny być pokazywane właśnie dlatego, że są straszne i pokazują rzeczywistość bez jej wygładzania.

Nie mam potrzeby udawać, że śmierć jest czymś, czego nie należy oglądać.

Tutaj wkurwia mnie coś innego.

Dead nie zdecydował, że chce być w ten sposób pokazany.

Nie pozował.

Nie brał udziału w żadnej prowokacji.

Nie żył.

A moment jego śmierci został później częścią estetyki black metalu.

I chyba właśnie to jest dla mnie najbardziej nie w porządku.

Z Deada zresztą w ogóle bardzo łatwo zrobić estetykę.

Ten od corpse paintu. Ten od martwego kruka. Ten, który zakopywał ciuchy. Ten, który ciął się na scenie.

Ten, który się zabił.

Ten z okładki.

I nagle gdzieś w tym wszystkim znika człowiek.

Nie chcę teraz robić z niego świętego ani pisać ckliwej historii o „udręczonym artyście”. Nie chcę też romantyzować jego samobójstwa, bo to jest chyba jedna z najgorszych rzeczy, jakie można zrobić z jego historią.

Interesuje mnie Dead właśnie dlatego, że był dziwny. Ekstremalny. Fascynuje mnie jego wpływ na Mayhem i cały późniejszy blackmetalowy wizerunek.

Ale mogę jednocześnie powiedzieć, że coś, co wydarzyło się po jego śmierci, było pojebane.

Jedno drugiego nie wyklucza.

I tak, nadal mam tę płytę

Nie wyrzucę jej.

Nie widzę nawet powodu.

Jest częścią historii black metalu i częścią mojego zbioru. To, że dowiedziałam się prawdy o fotografii, nie sprawiło przecież, że nagle przestałam słuchać Mayhem.

Po prostu już nigdy nie spojrzę na tę okładkę tak samo.

Wcześniej widziałam kolejną makabryczną okładkę.

Teraz widzę Deada.

Black metal może być brutalny, bluźnierczy, obrzydliwy i przekraczać granice. Właśnie między innymi za to go lubię.

Nie potrzebuję grzecznej muzyki.

Nie potrzebuję też grzecznych ludzi.

Ale „ekstremalne” i „kultowe” nie oznacza automatycznie „zajebiste”.

Czasami coś jest po prostu kurewsko nie w porządku.

I dla mnie zrobienie tych zdjęć było właśnie jedną z takich rzeczy.

Skomentuj